Reklama

Moje refleksje

Spór o autorytety

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

W ostatnim czasie o Witoldzie Gombrowiczu (w tym roku przypada 100. rocznica urodzin pisarza) dużo się mówi i pisze. W ramach teatru telewizji pokazano kilka spektakli (m.in. Trans-Atlantyk) będących adaptacją jego książek. Środowiska związane z Tygodnikiem Powszechnym i Gazetą Wyborczą zorganizowały konferencje naukowe i spotkania poświęcone pisarzowi, który większość swojego życia spędził poza Polską.
Twórczość Witolda Gombrowicza - z wielu przyczyn - jest w Polsce mało znana. Ja należę do tych, dla których książki Gombrowicza (jeszcze w okresie studiów przeczytałem Ferdydurkę, Pornografię i Trans-Atlantyk) są na pewien sposób niezrozumiałe czy nawet wręcz „puste” (zamglony obraz, w którym trudno doszukać się pewnych idei, wartości). Nie zamierzam jednak analizować twórczości Gombrowicza ani poddawać ją krytyce (choćby z braku odpowiedniego przygotowania). Mnie bardziej Gombrowicz interesuje jako człowiek i Polak. Aby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy Gombrowicz zasługuje - a według wielu uczestników wspomnianych konferencji i spotkań: tak - na miano moralnego autorytetu i patrioty, wziąłem (nie po raz pierwszy) do ręki jego Dzienniki i Wspomnienia polskie.
W Dziennikach Gombrowicz - który pochodził z katolickiej, ziemiańskiej rodziny - określał siebie jako człowieka niewierzącego. Ale czy to jest cała prawda? Jego krytyka katolicyzmu ma dość osobliwy charakter. Na poparcie swojego poglądu, że „katolicyzm zlekceważył wszelkie stworzenia, poza człowiekiem” Gombrowicz pisze: „…Te bogobojne rodziny - przypominam sobie z dawnych czasów - we dworze wiejskim przy podwieczorku, gwarząc poczciwie, niewinne… a na stole był lep, na lepie muchy w sytuacjach okropniejszych niż potępieńcy na obrazach średniowiecznych. To nikomu nie przeszkadzało, ponieważ w zdaniu «ból muchy» akcent padał na «mucha» nie na «ból». A dzisiaj - wystarczy - naflitować pokój, żeby chmary istnień zaczęły się wić - i nikt się nie przejmuje…” (Dziennik 1957-1961, Kraków 1989, s. 40).
W sierpniu 1939 r., mając - i to należy podkreślić - pełną świadomość zbliżającej się wojny Witold Gombrowicz popłynął statkiem „Chrobry” do dalekiej i „gorącej” Argentyny. „I nagle - pisze Tadeusz Kępiński - spada na niego szczęście, którego nie może ogarnąć. Na Polskę poszła agresja, a on na innej planecie. Z radosnego szoku długo się nie otrząśnie. Jeszcze w dwanaście lat później będzie mówił o szczęśliwym zrządzeniu Opatrzności” (Witold Gombrowicz. Studium portretowe, Kraków 1988, s. 23). W Argentynie Gombrowicz (żyjąc m.in. z zasiłków) spędził cały okres okupacji (w sumie w tym południowoamerykańskim kraju spędził kilkadziesiąt lat) i podobnie jak w roku 1920 (który jak sam pisze uczynił go indywidualnością) nie zgłosił się - pomimo nacisków ze strony polskiego posła (placówki dyplomatyczne otrzymały instrukcje dotyczące organizowania transportów z ochotnikami) - do polskiej armii.
Stosunek Gombrowicza do Polski - bo to on mnie najbardziej interesuje - najogólniej można zamknąć w słowach: „wyzwolić Polaka z Polski”. Jak rozumieć te słowa? Pisarz na to pytanie wielokrotnie udzielił (i tutaj żadna „gra” ani intelektualna prowokacja nie ma miejsca) pełnej i jednoznacznej odpowiedzi.
Otóż Gombrowicz cierpiał na coraz częściej spotykaną dzisiaj chorobę: polskość. Jakie były jej objawy? Otóż przy każdej niemal okazji autor Trans-Atlantyku atakował - można powiedzieć z wściekłością - tradycyjny polski patriotyzm. Najchętniej zniósłby z powierzchni ziemi wszystko to, co stanowi fundament naszej narodowej tożsamości. I tak oto w jego Wspomnieniach czytamy: „...Kiedyś zdarzyło mi się uczestniczyć w jednym z tych zebrań poświęconych wzajemnemu polskiemu krzepieniu się i dodawaniu ducha (nie trudno już w tych słowach doszukać się ironii - R.T.) …gdzie, odśpiewawszy Rotę i odtańczywszy krakowiaka, przystąpiono do wysłuchiwania mówcy, który wysławiał naród albowiem «wydaliśmy Szopena» albowiem «mamy Curie-Skłodowską» i Wawel oraz Słowackiego, Mickiewicza i, poza tym, byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa a konstytucja Trzeciego Maja była bardzo postępowa… Ale ja odczuwałem ten obrządek, jak z piekła rodem (!)… Gdyż oni, wywyższając Mickiewicza, poniżali siebie (trudno o bardziej oryginalny pogląd - R.T.) - i takim wychwalaniem Szopena wykazywali to właśnie, że nie dorośli do Szopena - a lubując się własną kulturą obnażali swój prymitywizm. Geniusze! Do cholery z tymi geniuszami!...” (Wspomnienia polskie, Warszawa 1990, s. 58).
W rozdziale II Dziennika Gombrowicz dokonuje oto takiej, na pewien sposób ciekawej, analizy swych uczuć do Polski: „…nienawidziłem narodu, bo nie mogłem go znieść; a znieść go nie mogłem wskutek tchórzostwa. Lecz w takim razie, cóż były warte moje rady i pouczenia - gdy wynikały z zasadniczej mojej niemożności sprostaniu życiu”.
Natomiast w Dzienniku (1962) pisarz powie: „… ani przez moment Polski nie kochałem…”. Na ile szczere były te słowa? Na to pytanie oczywiście nie potrafię odpowiedzieć i wątpię, aby ktokolwiek na to pytanie znał odpowiedź.
Wizyta na Wawelu na trwałe zapisała się w pamięci Gombrowicza. Po wielu latach pisał: „…Tak, Wawel był klejnotem, zgoda, tylko że czasem klejnoty bywają właśnie świadectwem ubóstwa. Gdy w domu sąsiadów pokazują wam z nabożeństwem sygnet prapradziadka, wolno pomyśleć, że teraźniejszość tej rodziny musi być pod zdechłym Azorem, skoro przeszłość tak jej imponuje (z tego wniosek, że powinniśmy zapomnieć o naszej historii, naszej tradycji… R.T.). To całe polskie nabożeństwo (!) do Wawelu jeszcze jako tako funkcjonowało sam na sam, tj. gdy nikogo obcego przy tym nie było - ale gdy zewnętrzny świat się wtrącał, natychmiast to stawało się kompromitujące, trochę nawet komiczne… Poszedłem do katedry. Czy miałem, jak Żeromski, paść na kolana z krzykiem «Najjaśniejsi»”…?
Ten sam jednak Gombrowicz będąc w Paryżu odbył - jak to określił w Dzienniku - „pobożną” pielgrzymkę „przed okna sartrowskiego (Sartre, francuski komunista, pisarz, filozof, przedstawiciel ateistycznego egzystencjonalizmu - R. T.) mieszkania”.
Oczywiście także i polska, tradycyjna rodzina nie mogła nie stać się obiektem krytyki opatrzonej „soczystą” ironią ze strony tego, który sam siebie - w listach do Stanisława Balińskiego (1963) - określił mianem: „Wartości Narodowej”. „Te straszne domy były nieraz wręcz nieznośne w swojej naiwnej a arcywygodnej górnolotności. Ów mit kobiety-Polki, strażniczki domowego ogniska, reprezentantki ducha powołanej do uduchowienia tym duchem mężczyzny, który urobiła literatura rozmaitych Rodziewiczówien, był, jak wszelka tandeta, wysoce szkodliwy”.
Jeżeli autor takich poglądów zasługiwałby na miano patrioty, to ja - wychowany na twórczości Norwida i Wyspiańskiego - musiałbym się przed samym sobą przyznać, że już nic nie wiem i nic już nie rozumiem, a w związku z tym jedyne co by mi pozostało to milczeć.
O wiele „cieplej” - co należy podkreślić - Witold Gombrowicz wyrażał się o narodzie żydowskim (mam nadzieję, że nikt mnie nie oskarży o antysemityzm). „Żydzi - pisał - tak swoistą i wybitną mieli rolę w rozwoju polskim owych lat (chodzi o okres międzywojenny - R.T.), że przemilczeć ich nie można. Mnie od wczesnej młodości do nich ciągnęło, lubiłem ich żywotność intelektualną, niepokój duchowy, ich krytycyzm i racjonalizm, a zarazem niejednokrotnie dostarczali mi wspaniałych uciech, gdyż byli zasobni w słabości i śmiesznostki… Dopiero na uniwersytecie zbliżyłem się do środowiska semickiego i od razu odkryłem jego odrębność, w której mogłem nieskończenie swobodniej się poruszać, gdyż miała w sobie coś szalonego i wymykającego się kontroli… Odtąd moja przyjaźń z Żydami zaczęła kwitnąć i doszło w końcu do tego, że w Ziemiańskiej nazywano mnie «żydowskim królem», gdyż wystarczało abym zasiadł przy stoliku, a już ściągały doń rzesze Semitów; to byli wówczas najwdzięczniejsi moi słuchacze…” (Wspomnienia polskie, Warszawa 1990, s.130).
Czyżby przy pomocy Witolda Gombrowicza - pisarza, który niewątpliwie ma swoje miejsce w historii polskiej literatury - próbowano dzisiaj znowu „wyrwać Polaka z Polski”. Wierzę, że jest to daremny wysiłek. Wierzę w to, że dla większości Polaków Jasna Góra i Wawel są i będą najcenniejszymi „klejnotami” nie tylko w wymiarze materialnym i historycznym, ale przede wszystkim duchowym.
Na koniec jeszcze jedna - bardzo ogólna - refleksja, nie ukrywam, że mająca w sposób pośredni także związek z głośną, ale jakże delikatną sprawą dotyczącą ocen i opinii na temat życia i twórczości zmarłego poety, noblisty, Czesława Miłosza, tak bardzo przywiązanego przez całe życie do swoich litewskich korzeni.
Otóż każdy pisarz czy poeta, także i ten, który za swoją twórczość otrzymuje prestiżowe nagrody, ponosi odpowiedzialność za słowo. Nikt i nic nie zwolni go z tej - szczególnego rodzaju - odpowiedzialności. W związku z tym jego wiersze, książki, wywiady, których udziela, a także listy, pod którymi składa swój podpis (a ma on swoją wagę i wymowę) podlegają - oprócz oceny merytorycznej - osądowi moralnemu. Na pewien sposób zapisane czy też wypowiedziane słowa przemawiają w imieniu ich autorów, także - a może przede wszystkim - po ich śmierci. Słowa te wskazują na wartości, które wyznaczają lub wyznaczały kierunek życiowej drogi pisarza czy poety, ale - o czym nie można zapominać - jednocześnie człowieka. To przecież głównie za pomocą tych słów pisarz czy poeta przedstawia m.in. swój stosunek do państwa i narodu, w tym do wszystkiego, co stanowi fundament jego tożsamości. Owa tożsamość jest mu bliska i droga lub całkowicie obca czy niekiedy wręcz wroga. Toteż duży błąd popełniają ci, którzy wyznają pogląd, co więcej, starają się ten pogląd narzucić innym, że do tego, aby zasłużyć sobie na miano moralnego autorytetu i patrioty wystarczy być wielkim i sławnym pisarzem czy poetą.
A to nie jest droga prowadząca do prawdy; a ona zawsze powinna być najważniejsza.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2004-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Jezus wyznaje Ojca jako Pana nieba oraz ziemi

[ TEMATY ]

rozważania

Glossa Marginalia

Adobe Stock

Izajasz patrzy na rosnącą potęgę Asyrii. Imperium zdobywa kolejne kraje. Prorok nazywa je „rózgą” oraz „kijem” gniewu Pana. To język narzędzia. Bóg może posłużyć się nawet mocarstwem, by ukarać lud wymagający upomnienia. Tekst od razu dodaje jednak rzecz istotną. Król asyryjski nie myśli w ten sposób. W jego sercu jest pycha oraz zamiar niszczenia narodów. Władca przypisuje sukces własnej mądrości oraz sile ręki. Mówi o przesuwaniu granic, grabieży skarbów oraz upokarzaniu ludów. Izajasz odpowiada ironią. Siekiera nie wywyższa się nad drwala. Piła nie rozkazuje temu, kto nią porusza. Obraz jest przejrzysty. Narzędzie nie jest panem historii. Asyria wykonuje rolę dopuszczoną przez Boga, lecz sama podlega sądowi za przemoc oraz pychę. Zapowiedź kary przyjmuje język choroby oraz ognia. Chwała imperium zgaśnie. Dostatek obróci się w wyniszczenie. Prorok nie zatrzymuje się na wojskowych szczegółach. Pokazuje sens dziejów. Żadna potęga nie jest ostateczna. Żaden król nie może postawić siebie w miejscu Boga. Dobra nowina tego fragmentu polega na tym, że Pan pozostaje Panem historii także wtedy, gdy mocarstwa zdają się nie do zatrzymania.
CZYTAJ DALEJ

Zmiana na stanowisku rektora Sanktuarium MB w Guadalupe

2026-07-15 07:25

[ TEMATY ]

Meksyk

Matka Boża z Guadalupe

Vatican Media

Kardynał Carlos Aguiar Retes, arcybiskup Meksyku, mianował ks. kanonika Daniela Víctora Villalobosa Ortiza nowym rektorem Bazyliki Matki Bożej z Guadalupe. Decyzja ta wpisuje się w etap odnowy instytucjonalnej i duszpasterskiej w kontekście przygotowań do obchodów 500. rocznicy objawień Matki Bożej z Guadalupe. Proces ten ma na celu wzmocnienie misji ewangelizacyjnej sanktuarium, poprawę obsługi pielgrzymów oraz zapewnienie lepszej organizacji w służbie Kościoła.

„Z myślą o 500. rocznicy objawień Matki Bożej z Guadalupe rozpoczynamy etap odnowy instytucjonalnej”. Po rezygnacji ks. kanonika Efraína Hernándeza Díaza z funkcji rektora Bazyliki Matki Bożej kard. Aguiar Retes wyjaśnił, że wybór jego następcy był owocem procesu słuchania i rozeznawania. Ks. kanonik Daniel Víctor Villalobos Ortiz został wybrany po rozpatrzeniu propozycji Kapituły oraz Rady Stałej Konferencji Episkopatu Meksyku, w ramach procesu odnowy duszpasterskiej maryjnego sanktuarium.
CZYTAJ DALEJ

Choszczno: Pijany mężczyzna zaatakował księdza i kościelnego!

2026-07-15 14:29

[ TEMATY ]

ksiądz

atak

Adobe Stock

28-letni mieszkaniec powiatu choszczeńskiego zaatakował księdza. W obronie duchownego stanął kościelny. Do zdarzenia doszło przy Kościele Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Choszcznie.

Mężczyzna w stanie silnego upojenia alkoholowego podszedł do księdza, po czym bez żadnego powodu uderzył go w głowę. W obronie duchownego stanął kościelny, który został powalony na ziemię. Napastnik zadał mu kilka ciosów ręką, a gdy wstał kopnął leżącego w okolicę głowy.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję