Mariusz Rzymek: Z jak dużym wyprzedzeniem ruszyły przygotowania do pogrzebu księcia Ekkehardta?
Dr Grzegorz Madej: Niemal rok trwały starania nad sfinalizowaniem pochówku. Trzeba było przejść odpowiednie procedury zarówno po polskiej, jak i kanadyjskiej stronie. Co może zaskoczyć, o wiele więcej biurokratycznych formalności czekało na nas za Oceanem.
Jak to się stało, że człowiek z kanadyjskiej linii rodu Sułkowskich chciał spocząć wśród przodków na bielskim zamku?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Przez ostatni rok życia księcia Ekkehardta utrzymywałem z nim intensywny korespondencyjny kontakt. To było pokłosie bezpotomnej śmierci Aleksandra Józefa, 10. tytularnego księcia, po którym tytulatura przeszła na jego kuzyna z młodszej linii, który mieszkał w Kanadzie. Z nowym sukcesorem nawiązałem znajomość i szerzej wprowadziłem w arkana genealogii i życia rodzinnego Sułkowskich w Bielsku. Bardzo chciał odwiedzić Bielsko, ale miał świadomość, że ze względów zdrowotnych nie będzie mu to dane. Zgodnie z jego wolą, którą potwierdził syn, chciał zostać pochowany w Kaplicy św. Anny. Dla nas ta decyzja oznaczała utrzymanie sukcesji funeralnej w tym miejscu.
Jaka była u niego świadomość bielskiego rozdziału w historii rodu?
Reklama
Miał świadomość genealogii, która jego rodową gałąź wywodzi od jednego z 12 dzieci arcyksięcia Ludwika. Nie obcy mu był Aleksander Józef, któremu cały ród zawdzięcza tytuł arcyksięcia. Kontakt ze mną spowodował, że ta wiedza uległa znacznemu poszerzeniu. To zainteresowanie historią przodków przeszło też na jego najbliższych.
W jakim stopniu wasza znajomość wpłynęła na odkrywanie polskości przez Sułkowskich z Kanady?
Zarówno Ekkehardt, jak i jego syn Carl zaczęli interesować się nauką języka polskiego. W korespondencji były próby posługiwania się językiem polskim, co można uznać za kurtuazję. Maile, które teraz przychodzą do mnie od Carla, pisane są po polsku. To o tyle znamienne, że Carl jest przedstawicielem linii, która osiadła w Austrii i tam się zasymilowała. Los rzucił ich do Kanady dopiero po 1945 r.
Co wymiernego miastu i muzeum przynosi znajomość z Sułkowskimi?
Bliższe relacje z przedstawicielami Sułkowskich udało się nawiązać w 2002 r., gdy doszło do zjazdu rodu w Bielsku-Białej. Stał za tym Hubertus Sułkowski. On też skrzyknął rodzinę, aby na rzecz naszego muzeum przekazać rodzinne pamiątki. Dzięki temu trafiło do nas kilka portretów czy elementy ze srebrnej zastawy. Od Aleksandra Józefa otrzymaliśmy archiwum rodzinne, na które składały się dyplomy, nadania czy korespondencje sięgającą czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego i Napoleona. Z kolei Carl wraz ze swoim kuzynostwem wspiera finansowo publikacje muzealne dotyczące przeszłości rodu.
Koniec sierpnia był w bielskim muzeum ostatnią szansą na zobaczenie oryginalnej zastawy stołowej Aleksandra Józefa?
Reklama
– To była wyjątkowa okazja przyjrzenia się porcelanie miśnieńskiej, która 290 lat temu powstała na zamówienie Sułkowskiego. Z 32 elementów, jakie zgromadziliśmy, 7 pochodziło z naszych własnych zbiorów, 16 ze zbiorów wnuka księcia Romana z Wiednia, 6 z Zamku Królewskiego w Warszawie i po jednym eksponacie z Muzeów Narodowych w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu. W ten sposób stworzyliśmy drugą pod względem wielkości ekspozycję serwisu Sułkowskich na świecie, ustępującą jedynie tej z Bawarskiego Narodowego Muzeum w Monachium.
Co sprawia, że wspomniana zastawa obiadowa jest unikatowa?
Była przełomowa pod kilkoma względami. Po pierwsze była pierwszym personalizowanym serwisem wyprodukowanym przez królewską manufakturę dla urzędnika królewskiego. Dlatego m.in. posiadała herb Sułkowskiego. Liczyła ponad tysiąc elementów, a takiego zamówienia nigdy wcześniej nie realizowano. W odróżnieniu od innych serwisów wzbogacono ją o patery, solniczki, menaże na przyprawy. Przełomowe było też odejście od kopiowania wzornictwa azjatyckiego na rzecz naśladowania motywów złotnictwa europejskiego. Co ciekawe z serwisem tym Aleksander Józef złamał protokół dworski, podając królowi Augustowi III posiłek nie na srebrnej tacy, jak było to w zwyczaju, ale na porcelanie. To był precedens, który kilka lat później stał się normą zadekretowaną protokolarnie.
Kultywowanie pamięci o Sułkowskich zakłada również wskazywanie na niechlubne epizody w dziejach rodziny, takie jak choćby wyparcie się polskości w czasach III Rzeszy.
To dość złożona historia. Podpisując volkslistę, Sułkowski nie tylko zadbał o siebie, ale pośrednio zapewniał bezpieczeństwo Polakom pracującym w jego dobrach w Bielsku. W ten sposób zabezpieczył im zatrudnienie oraz kwaterunek. W mieście, w którym nie miał prawa mieszkać żaden Polak, stworzył enklawę, wolną od niemieckiej dyskryminacji. Tego bez volkslisty by nie było. Więcej na ten temat można przeczytać w mojej książce „Pedanteria. Pralnia pamięci”, do której odsyłam.
