Monika Jasina: Dla wielu ludzi św. Brat Albert jest wciąż inspirującą postacią. Do tego grona dołączyła Pani kilka miesięcy temu. Wizerunek świętego Pani autorstwa znalazł się w przemyskiej świątyni na prośbę proboszcza ks. Mariusza Woźnego. Znała Pani historię życia Adama Chmielowskiego, późniejszego św. Brata Alberta?
Marta Kupsch: Nie, nie załam. Gdy usłyszałam o nim po raz pierwszy, założyłam, że to postać z odległej przeszłości. Mam po dziadkach bardzo starą książkę z żywotami świętych, więc tam zaczęłam szukać informacji. Był to zupełnie zły kierunek, a święty okazał się być mi bliższy niż sądziłam. Żył przecież stosunkowo niedawno, był – tak jak ja – artystą, malarzem. Pomyślałam, że to niezwykle inspirujący temat.
Co było dla Pani największym zaskoczeniem?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Głęboko zastanawiałam się, jak doszło do tego, że człowiek o podobnej do mojej wrażliwości, zbliżonym spojrzeniu na świat, bliskim mi sposobie przeżywania piękna – zdecydował się całkowicie poświęcić Bogu. Zapoznałam się z jego twórczością i doszłam do wniosku, że on zawsze był blisko człowieka i jego najprostszych spraw. To doświadczenie trudnej codzienności, zwłaszcza tak wielu otaczających go ludzi ubogich, sprawiło, że Adam Chmielowski chciał być... Nie jestem pewna, jak to określić. Jak najbardziej użytecznym? Boża energia, która kierowała go w stronę malarstwa, znalazła nagle swój pełny wyraz w pomocy najbardziej potrzebującym.
Bezpośrednio z kościołem św. Brata Alberta w Przemyślu sąsiaduje wiele instytucji pomocowych. Czy słusznie wydaje się, że to miejsce szczególnie wybrane przez Adama Chmielowskiego? Nie malarza, ale właśnie tego pochylającego się nad ludźmi, których nikt nie zauważał?
Chcąc bliżej poznać świętego, którego miałam namalować, oglądałam zachowane zdjęcia, na których jest przedstawiony. Odniosłam wrażenie, że było w nim wiele energii i to takiej surowej, żołnierskiej, zdyscyplinowanej. To pewnie jakiś wpływ udziału w powstaniu styczniowym. Czytałam, że jego wskazówki i polecenia dla współpracowników były bardzo konkretne i proste. Realizował swoje powołanie w działaniu. Więc... chyba tak. Wasza parafia to jest właśnie miejsce, w którym jego filozofia służenia drugiemu człowiekowi nabrała realnych kształtów.
Mówi Pani o surowości i dyscyplinie świętego, a jednak na Pani obrazie ma on dobre, łagodne spojrzenie i ciepły uśmiech.
Reklama
Prawdopodobnie inaczej przedstawiałbym Brata Alberta, gdybym żyła w jego czasach, a inaczej, gdybym spotkała go dziś i mogła malować z natury. Być może wizerunek byłby wtedy bardziej surowy. Jednak tego człowieka w sensie fizycznym już z nami nie ma. Jednocześnie ludzie wciąż do niego się modlą, wspominają go, nadal jest dla wielu inspiracją. Postanowiłam więc przedstawić to, co było sednem jego życia, energię miłości, miłosierdzia, służby i bycia dla innych; poczucia zaproszenia.
Jak to rozumieć?
Mój obraz świętego to deklaracja: „Ja jestem dla was zaproszeniem, jeżeli potrzebujecie ogrzać się, schronić, nakarmić. Jestem tutaj dla was”. Bardzo mi zależało, żeby pokazać takie właśnie ujęcie, dlatego wybrałam odmalowanie twarzy świętego w efemeryczny, delikatny sposób. To moje, bardzo osobiste odczucie miłosierdzia, które jest jednocześnie potężne i subtelne. Jest to także sposób na ucieleśnienie zaproszenia. Żeby zobaczyć szczegóły twarzy, trzeba podejść bliżej. Z daleka widać tylko to, co ziemskie: ciężki habit, duże, spracowane dłonie, trzymany w dłoniach chleb i punkciki oczu w jaśniejącej twarzy. Jeśli zrobimy kilka kroków w kierunku obrazu, zobaczymy więcej. Może wtedy będzie czas na chwilę kontemplacji? Taki był mój zamiar i przyznam, że jestem bardzo ciekawa, czy ten zabieg zadziałał.
Chyba jestem podatna na artystyczne manipulacje, bo widząc obraz po raz pierwszy od razu podeszłam bliżej. Potem pomyślałam, że ma on chyba wiele więcej znaczeń niż to, co widać na pierwszy rzut oka. Jak się okazuje, była to dobra intuicja.
Dla mnie sztuka jest przeżyciem i czuciem. To nie jest tylko nakarmienie oczu formą albo prosta ocena: podoba mi się lub nie. Jest przeżyciem, także duchowym, dlatego kiedy przygotowuję się do malowania zawsze zapoznaję się z historią i tłem tego, co mam przedstawić.
Reklama
Jak długo trwa taki proces?
Nawet kilka miesięcy. Zbieram informacje, czytam, oglądam ikonografię. Potem potrzebuję czasu, by to wszystko we mnie pracowało. Wielokrotnie pierwsze szkice różnią się znacząco od efektu końcowego. Tak też było z wizerunkiem św. Brata Alberta. To, co powstało na początku, w niczym nie przypominało jego ostatecznej wersji.
Przychodzi chwila, gdy obraz trafia do zamawiającego. Czy łatwo było rozstać się ze świętym, którego tak dobrze się poznało?
My nie rozstajemy się. Jego historia już ze mną zostanie. To jest jak spotkanie, po którym nawiązuje się pewien rodzaj relacji pomiędzy mną, a bohaterem obrazu. Wszystko, co przeczytałam, obejrzałam w związku z tworzeniem wizerunku, co zapamiętałam z jego życiorysu zostaje we mnie na zawsze.
Liturgiczne wspomnienie „Biedaczyny z Krakowa” przypada na 17 czerwca, dzień jego chrztu. W wielu parafiach, którym patronuje święty, odbywają się uroczystości odpustowe. To dobry czas, by przypomnieć jego postać i – podobnie jak zrobiła to poznańska artystka – odczytać na nowo przesłanie, jakie po sobie pozostawił.
