Reklama
Członkowie wspólnot Żywego Różańca mówią o nim jako o modlitwie, która pomaga żyć. Niektórzy przyznają, że bez niej trudno byłoby im udźwignąć codzienne troski, chorobę, samotność czy lęk o najbliższych. – Dawniej żyłam w ciągłym biegu – opowiada Agata, która od ponad 10 lat należy do koła Żywego Różańca przy swojej parafii na łódzkich Bałutach. – Dla mnie ta wspólnota stała się czymś więcej niż tylko grupą modlitewną. Praca, dom, dzieci, obowiązki. Wieczorem człowiek był tak zmęczony, że nawet nie miał siły pomyśleć o sobie. Kiedy zaczęłam codziennie odmawiać Różaniec, coś zaczęło się we mnie zmieniać. Zauważyłam, że mniej się złoszczę, mniej denerwuję się drobiazgami – jakby ktoś porządkował moje serce. Mówi, że dziś nie wyobraża sobie dnia bez tej modlitwy. – Czasami odmawiam Różaniec rano przy kuchennym stole, zanim wszyscy wstaną. Innym razem – podczas spaceru albo wieczorem. To jest chwila, kiedy mogę się zatrzymać. Świat ciągle czegoś od nas chce, a Różaniec przypomina, że człowiek nie może żyć wyłącznie pośpiechem. Podobnie mówi p. Andrzej, od lat związany ze wspólnotą Żywego Różańca w jednej z lubelskich parafii. – Ludzie dziś są przebodźcowani. Telefon dzwoni bez przerwy, wiadomości napływają cały czas. Nawet kiedy człowiek odpoczywa, jego głowa nadal pracuje. A Różaniec wycisza. Dla mnie to nie jest tylko powtarzanie modlitw, to także moment oddania Bogu tego wszystkiego, czego sam już nie potrafię unieść.
Pomaga przetrwać trudne chwile
W wielu świadectwach powraca doświadczenie cierpienia i momentów granicznych, kiedy Różaniec stawał się ostatnią deską ratunku. – Do Żywego Różańca zapisałam się jeszcze jako młoda dziewczyna, trochę za namową mamy – wspomina p. Olga, należąca dziś do jednej z parafialnych róż w niewielkiej miejscowości pod Gdańskiem. – Ale siłę tej modlitwy prawdziwie zrozumiałam dopiero wtedy, gdy ciężko zachorował mój mąż. W szpitalu lekarze nie dawali wielkiej nadziei. Byłam przerażona. Nie mogłam spać, nie mogłam jeść. Czułam się kompletnie bezradna – opowiada. Mówi, że pewnego dnia wzięła do ręki stary różaniec swojej mamy. – Po prostu zaczęłam się modlić. Nawet nie umiałam się wtedy dobrze skupić. Powtarzałam Zdrowaś Maryjo ze łzami w oczach. Ale z każdym dniem przychodził większy pokój. Choroba nie zniknęła, ale ja odzyskałam siłę, by przez to wszystko przejść.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Takich historii jest więcej. Pani Krystyna, od wielu lat należąca do wspólnoty Żywego Różańca przy sanktuarium maryjnym w Chełmie, przyznaje, że po śmierci syna przez wiele miesięcy nie potrafiła się modlić. – Miałam żal do Boga. Ogromny. Nie chciałam chodzić do kościoła. Pewnego dnia sąsiadka przyszła do mnie i powiedziała tylko: „Pomodlę się dziś z tobą”. Usiadłyśmy razem i odmówiłyśmy dziesiątek Różańca. Płakałam przez całą modlitwę. Ale pierwszy raz od wielu miesięcy poczułam, że nie jestem sama. Dziś mówi, że Różaniec stał się dla niej codziennym spotkaniem z synem i z Bogiem. – Ciągle bolało, ale Różaniec nauczył mnie z tym bólem żyć.
Siła wspólnoty i prostoty
Żywy Różaniec to nie tylko indywidualna modlitwa. Dla wielu osób ogromne znaczenie ma także wspólnota. – W naszej róży modlimy się za siebie nawzajem – mówi p. Halina, zelatorka z Lublina. – Kiedy ktoś choruje albo przeżywa trudności, od razu wszyscy o tym wiedzą. Dzwonimy do siebie, odwiedzamy się, wspieramy. Przyznaje, że dla osób starszych taka wspólnota często staje się drugim domem. – Samotność bardzo boli. Zwłaszcza kiedy dzieci mieszkają daleko albo człowiek zostaje sam po śmierci współmałżonka. A tutaj ktoś pamięta, zadzwoni, zapyta, pomodli się. Wiele osób podkreśla, że wspólna modlitwa buduje niezwykłą więź. – Kiedy spotykamy się na nabożeństwach różańcowych albo na comiesięcznej wymianie tajemnic, czuję ogromną siłę tej wspólnoty – podkreśla p. Halina. – Każdy niesie swoje troski, chorobę, problemy rodzinne, lęk o dzieci czy wnuki. I nagle okazuje się, że nie jesteśmy sami z naszym ciężarem.
Reklama
Choć wspólnota Żywego Różańca kojarzy się głównie ze starszym pokoleniem i parafialnymi grupami seniorów, to coraz częściej do kół różańcowych dołączają także młodzi ludzie. – Długo uważałem Różaniec za modlitwę nie dla mnie – przyznaje 30-letni Michał, lekarz, który od 2 lat należy do męskiej róży Żywego Różańca działającej przy jego parafii. – Kojarzył mi się z moją babcią – śmieje się mężczyzna. – Wszystko zmieniło się w czasie trudniejszego okresu w moim życiu. Wyznaje, że żył wtedy w ogromnym napięciu. – Praca, kredyt, problemy, ciągły stres. Nie umiałem odpoczywać. Ksiądz podczas spowiedzi zaproponował mi wtedy modlitwę różańcową. Na początku byłem sceptyczny, ale po kilku tygodniach zauważyłem, że łatwiej mi się wyciszyć. Zacząłem inaczej patrzeć na swoje życie.
Dziś Różaniec odmawia często podczas drogi do pracy. – To jest czas tylko dla Boga i dla mnie. Bez mediów społecznościowych, bez wiadomości, bez ciągłego scrollowania telefonu. Człowiek zaczyna oddychać inaczej.
Kapłani od lat zaznaczają, że fenomen Różańca tkwi w jego prostocie. – To modlitwa dostępna dla każdego – mówi ks. Damian Dorot, wikariusz świdnickiej parafii. – Nie trzeba mieć wykształcenia teologicznego, nie trzeba szukać skomplikowanych modlitw. Wystarczy otwarte serce. Dodaje, że przez lata spotkał wielu ludzi, których Różaniec dosłownie podtrzymywał przy życiu duchowym. – Czasami ktoś przychodzi i mówi: „Proszę księdza, ja już nie umiem się modlić”. Wtedy często zachęcam do prostego Różańca. Bo kiedy brakuje własnych słów, ta modlitwa człowieka niesie.
Przekazywany z pokolenia na pokolenie
W wielu rodzinach modlitwa różańcowa bywa czymś więcej niż zwyczajem religijnym. Staje się częścią codzienności, przekazywaną dzieciom i wnukom razem z wiarą, wartościami i pamięcią o poprzednich pokoleniach. W podlubelskim Garbowie cały czas działa koło założone przez Juliannę Łukasik jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Pani Julianna, jak wspominali ją ci, którzy ją znali, była kobietą głęboko wierzącą i bardzo oddaną ludziom. Czytała książki sąsiadkom, które nie umiały czytać, pomagała potrzebującym i każdego uczyła szacunku do modlitwy. W rodzinnych opowieściach szczególnie zapisały się comiesięczne spotkania różańcowe odbywające się w jej domu. Na stole przykrytym białym obrusem stała figura Matki Bożej Różańcowej, obok paliły się świece, a kobiety należące do róży klęczały i wspólnie odmawiały kolejne tajemnice. Julianna, jak opowiadała jej wnuczka, powtarzała, że „Różaniec z nieba wyszedł i do nieba prowadzi”. Wierzyła, że ta modlitwa pomaga człowiekowi przetrwać nawet najtrudniejsze czasy. I rzeczywiście, założone przez nią koło przetrwało wojny, okupację i lata walki z Kościołem. Po jej śmierci funkcję zelatorki przejęła córka, później wnuczka, a następnie prawnuczka. Cztery pokolenia kobiet pielęgnowały tę samą modlitwę i troskę o wspólnotę.
Dwieście lat istnienia Żywego Różańca pokazuje, że choć świat bardzo się zmienia, potrzeba modlitwy, wspólnoty i zawierzenia pozostaje w człowieku wciąż taka sama.
