Kiedy rosyjski neocar rozpętał wojnę przeciw Ukrainie, wielu ludzi Zachodu chciało jeszcze wierzyć, że po drugiej stronie istnieje inna Rosja. Nie ta z telewizyjnych studiów nienawiści, nie ta od czołgów, rakiet spadających na bloki mieszkalne, lecz Rosja ludzi wrażliwych, myślących, wykształconych, obytych w świecie. Rosja artystów, uczonych, podróżników, pisarzy, dyplomatów, kosmonautów, dawnych znajomych z konferencji i salonów. Rosja, z którą przez lata budowano mosty, czasem naiwnie, czasem szczerze, zawsze jednak z nadzieją, że kultura i osobiste relacje będą silniejsze od imperialnego Kremla.
Sam przez długi czas należałem do tych, którzy chcieli w to wierzyć. Przez lata spotykałem tam ludzi niezwykłych, odważnych, szerokich horyzontów. Byłem świadkiem agonii radzieckiego imperium, obserwowałem narodziny rosyjskiego kapitalizmu z jego dziką energią, ale także z bezprawiem, korupcją i przemocą. Widziałem kraj wielki, fascynujący, pociągający swoim ogromem i zarazem odpychający pychą władzy. Zanim zdobyłem światowy biegun zimna, zanim stanąłem w miejscach, gdzie człowiekowi zamarza oddech, znalazłem w Rosji ludzi, którzy pomagali, wierzyli, otwierali drzwi. Na fali pierestrojki byli politycy, dziennikarze, kosmonauci, którzy uznali mnie za swojego. Człowieka z zewnątrz, ale jakoś bliskiego.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Miałem już dwie dusze: polską i włoską. Z czasem doszedł do nich solidny kawałek rosyjskiej duszy. Tym boleśniejsze było przebudzenie. Kiedy zaczęła się pełnoskalowa napaść na Ukrainę, chciałem wierzyć, że przynajmniej ci, których znałem, ludzie obyci ze światem, z salonową ogładą i deklarowaną wrażliwością, podniosą głos. Chciałem wierzyć, że powiedzą: nie w naszym imieniu. Że zawstydzą się za własne państwo. Że przestaną udawać, iż wojna jest tylko „geopolitycznym konfliktem”.
Ze zgrozą uświadomiłem sobie, że duża część tych ludzi nie zamierzała się wstydzić. Dlatego nie potrafię dziś patrzeć na rosyjską obecność w Wenecji jak na zwykłe wydarzenie artystyczne. Biennale nie jest prywatnym atelier, w którym ktoś samotnie maluje obraz, nie pytając świata o pozwolenie. Pawilon narodowy nie jest neutralną przestrzenią ducha. To instytucja, znak państwowy, element prestiżu, miękkiej siły, dyplomatycznej obecności. W Wenecji nie występuje jedynie artysta z paszportem. Występuje państwo. Występuje flaga. Występuje narracja. Występuje przekaz: Rosja jest z powrotem, Rosja należy do Europy, Rosji nie wolno wykluczać.
Reklama
Otóż wolno. A nawet trzeba. Rosjanie nie powinni dziś uczestniczyć w weneckim Biennale nie dlatego, że sztuka jest mało ważna, ale z tego powodu, że jest ważna ogromnie. Gdyby była tylko dekoracją, można by machnąć ręką. Niech sobie powieszą obrazy, niech wygłoszą mętne manifesty, niech włączą projektory i otworzą Prosecco. Ale kultura nie jest ozdobnym abażurem na lampie polityki. Jest jednym z języków, którymi narody mówią o sobie światu. A Rosja od lat używa tego języka z wielką sprawnością. Raz pokazuje Tołstoja, raz balet, raz awangardę, a innym razem melancholijną głębię rosyjskiej duszy. Za tą fasadą idą jednak czołgi, więzienia, trucizny, deportacje, rakiety i przemoc wobec sąsiadów. Europa zbyt długo dawała się uwodzić tej podwójnej grze.
Wenecja staje się więc testem. Nie tylko dla organizatorów Biennale, lecz także dla całej Europy. Czy potrafimy powiedzieć: „dość”? Nie może być tak, że jedni giną pod rosyjskimi bombami, a inni, z tym samym paszportem i często z tą samą mentalną lojalnością wobec imperium, spacerują po Lazurowym Wybrzeżu, zasiadają w lożach festiwali i korzystają z gościnności Zachodu.
Kogo zatem wystawiono w Wenecji? Wystarczy napomknąć, że komisarzem rosyjskiego pawilonu jest Anastazja Karniejewa, córka zastępcy dyrektora generalnego Rostechu, giganta rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. Że p. Karniejewa zarządza pawilonem za pośrednictwem Smart Art, spółki założonej wraz z Jekateriną Winokurową, córką ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa. Komentarz jest zbyteczny.
Reklama
Bez rozliczenia się z winą nie ma powrotu do normalności. To zdanie brzmi surowo, lecz historia Europy zna jego wagę. Niemcy po II wojnie światowej wróciły do wspólnoty cywilizowanych narodów nie dlatego, że świat uznał nagle, iż „nie należy mieszać kultury z polityką”. Wróciły, ponieważ przeszły przez długi, bolesny, niedoskonały, ale konieczny proces uznania winy. Rosja takiego procesu nie rozpoczęła. Przeciwnie – ona swoją winę wypiera, upiększa, zakłamuje i celebruje. Zbrodnie nazywa obroną. Agresję – wyzwoleniem. Imperializm – misją dziejową. Ofiary – nazistami. W takim stanie moralnym nie idzie się na Biennale. W takim stanie moralnym staje się przed sądem historii.
Ktoś powie: a co z odpowiedzialnością jednostki? Czy każdy rosyjski artysta jest winny? Odpowiem: nie każdy w tym samym sensie. Nie każdy naciskał spust, nie każdy pisał propagandowe przemówienia, nie każdy donosił, nie każdy bił czołem pokłony skorumpowanej władzy. Ale w czasie wojny paszport państwa agresora przestaje być tylko dokumentem podróży. Staje się znakiem politycznym. Jeśli społeczeństwo nie potrafi powstrzymać własnego państwa, jeśli nie potrafi masowo zaprotestować, jeśli nie potrafi przynajmniej odmówić mu moralnego przyzwolenia, musi ponieść konsekwencje izolacji.
To nie jest zbiorowa zemsta. To jest forma nacisku.
Sankcje zawsze dotykają nie tylko generałów i ministrów. Mają wpływ także na wygodne życie klas średnich, ambicję elit, przyzwyczajenia ludzi, którzy chcieliby korzystać z Zachodu, ale nie chcą ponosić odpowiedzialności za Wschód. I bardzo dobrze. Bo rosyjska bierność legitymizuje okrucieństwa agresora. Kreml trwa nie tylko dzięki policji, armii i propagandzie. Trwa także dzięki oportunizmowi milionów ludzi, którzy prywatnie może coś tam sobie myślą, lecz publicznie wybierają święty spokój. W czasie pokoju można to nazywać konformizmem. W czasie wojny jest to współudział przez milczenie.
Reklama
Argument, że sztuka powinna pozostać ponad polityką, jest w tym przyypadku szczególnie obłudny. Pawilony narodowe są polityką w czystej postaci. Są finansowane, zatwierdzane, firmowane i wykorzystywane przez państwa. Flaga przy wejściu nie jest przypadkiem. Nazwa kraju w katalogu nie jest poetycką metaforą. Obecność oficjalnej Rosji w Wenecji nie jest obecnością samotnego malarza z pracowni na emigracji. Jest powrotem państwa agresora do rytuału europejskiego prestiżu.
Kreml bardzo dobrze rozumie znaczenie takich gestów. On nie potrzebuje, by Europa go kochała. Wystarczy, że Europa się przyzwyczai. Najpierw pawilon w Wenecji. Potem koncert. Potem konferencja. Potem film. Potem panel dyskusyjny o „złożoności konfliktu”. Potem pytanie, czy sankcje nie są już przypadkiem przesadą. Rosja od lat stosuje metodę rozmiękczania Zachodu. Nie zawsze wchodzi drzwiami frontowymi. Czasem sączy się przez kulturę, pieniądze, sentyment, znajomości, dawne przyjaźnie i zmęczenie opinii publicznej.
Właśnie dlatego trzeba stawiać granice.
Europa musi zrozumieć, że nie ma niewinnej normalizacji Rosji w czasie wojny. Każde zaproszenie oficjalnej rosyjskiej instytucji, każdy narodowy pawilon, każdy elegancki bankiet z udziałem przedstawicieli kraju agresora stają się sygnałem: można przeczekać oburzenie, można wrócić, można znów być częścią świata bez uznania swojej winy. To sygnał katastrofalny. Dla Ukrainy – upokarzający. Dla Rosji – zachęcający. Dla Europy – kompromitujący.
A salon powinien powiedzieć: najpierw rozliczenie, potem zaproszenie.
Są chwile, kiedy mosty trzeba zamknąć, bo po drugiej stronie idzie nie pielgrzym z otwartą dłonią, lecz imperium z butem na cudzym gardle. Są chwile, kiedy uprzejmość wobec agresora staje się nieuprzejmością wobec ofiary. I są chwile, kiedy najpiękniejszym gestem kultury jest nie zaproszenie, lecz odmowa.
Wenecki pawilon Rosji powinien więc pozostać zamknięty. Do czasu, aż Rosja przestanie być imperium przemocy i zacznie prosić o przebaczenie. Dopiero wtedy będzie można wrócić do rozmowy o mostach. Dziś trzeba pilnować granic.
