Reklama

Wiara

Ludzkie historie

Warto żyć mimo wszystko

Marcin Ryng – ofiara leku Contergan, który tysiącom dzieci odebrał szansę na normalność. Choć żyje bez rąk i nóg, tworzy niezwykłe grafiki.

2026-03-24 14:46

Niedziela Ogólnopolska 13/2026, str. 68-70

[ TEMATY ]

świadectwo

Bliżej Życia z wiarą

archiwum Marcina Rynga

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

W swojej komórce pokazuje grafikę, zatytułowaną Abtreibung (aborcja – zdjęcie obok). Pyzaty niemowlak leży na łóżku, nad nim pochyla się diabeł, który wygląda tak, jakby wyszedł ze średniowiecznego fresku. Marcin stworzył tę grafikę w ubiegłym roku. – Mogłem być takim niemowlakiem – mówi. – Urodziłem się w 1984 r. Gdyby w tamtych latach wykonywano badania prenatalne równie często i dokładnie jak obecnie, moja wada rozwojowa (tetramelia, czyli brak rąk i nóg) byłaby wykryta podczas pierwszego badania USG. Takie uszkodzenie łatwo można uznać za ciężką i nieodwracalną wadę rozwojową uzasadniającą dokonanie aborcji. Przypuszczam jednak, że moi rodzice nigdy by się na to nie zdecydowali. Żyję. Dlatego uważam, że aborcja to ofiara złożona szatanowi.

Rozmawiamy we trójkę – obok Marcina siedzi Małgorzata. W jednej osobie jego opiekunka, asystentka, kierowca, sekretarka, a od prawie ośmiu lat również żona. Co kilka minut delikatnym ruchem podnosi filiżankę z herbatą i przybliża ją do ust męża. – Pochodzę spod Oławy – mówi Małgorzata. – Z kolei Marcin z Ząbkowic Śląskich. Ale poznaliśmy się już w Niemczech, gdzie szukałam pracy jako opiekunka. Marcin właśnie takiej pomocy potrzebował. Przypadek, który zadecydował o całym naszym życiu.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Na samych piątkach

Reklama

Ojciec Marcina był stolarzem, matka pracowała jako fizjoterapeutka. Ciocia, katechetka, utrzymywała kontakty z różnymi organizacjami charytatywnymi. Z Niemiec nadchodziło dużo paczek, w niektórych były lekarstwa. Małe pastylki o nazwie Contergan doskonale likwidowały nieprzyjemne objawy w pierwszych tygodniach ciąży. Tym większe było zaskoczenie, gdy Marcin przyszedł na świat bez rąk i bez nóg. Niektórzy znajomi pocieszali, że z tym można żyć.

Pierwsze lata życia Marcin spędził w domu. Doskonale pamięta zażenowanie rodziców, gdy wychodzili z nim na spacer. Nie pomagało przykrywanie dziecka kocykami. Zawsze znalazła się wścibska kumoszka, która pytała, co się stało dziecku. Szczęściem w nieszczęściu okazał się fakt, że szczątkowe dłonie, wyrastające mu bezpośrednio z ramion, mają po cztery chwytne palce. Marcin nie miał jeszcze trzech lat, gdy chwytał nimi kredkę lub ołówek i niezmordowanie, całymi godzinami pokrywał papier rysunkami. Wyglądało na to, że ma talent.

Gdy skończył 6 lat, rodzice oddali go na kilka lat do zakładu opiekuńczo-wychowawczego prowadzonego przez siostry zakonne. Dziś to zupełnie inne miejsce. Marcin opowiada, że za jego czasów opieka była taka, na jaką było stać państwo z rozpadającą się gospodarką. Ale szkoła działała bez zarzutu, a Marcin uczył się na samych piątkach.

Chłopiec często chorował, zaraził się też lamblią, co było właściwie nieuniknione w dużych grupach. Któregoś dnia opiekunka zagapiła się, nie zabezpieczyła należycie ubikacji i Marcin spadł na kamienną posadzkę. Złamał obojczyk. Przyjechał ojciec, zobaczył sińce, zrobił wielką awanturę i zadecydował, że zabiera Marcina do domu. Chłopiec był wtedy w piątej klasie.

Reklama

Po powrocie do domu rodzice postawili na nauczanie domowe. W ten sposób Marcin doszedł do matury. Cały czas na piątkach. Pojawiło się pytanie, co dalej. Chłopak chciał iść na studia, ale przeszkodą były wszechobecne schody. W końcu okazało się, że Uniwersytet w Zielonej Górze jest najlepiej przystosowany do potrzeb osób na wózkach. Marcin zaliczył tam pierwszy rok socjologii. I właśnie wtedy, latem 2004 r., przyszło zaproszenie z Niemiec.

Na własnym utrzymaniu

Dzięki stowarzyszeniu KFD (Katolickie Kobiety Niemiec) w 2001 r. Marcin został zaproszony do Furth k. Norymbergi, aby wziąć udział w zjeździe osób poszkodowanych przez talidomid. Stowarzyszenie prowadziło zbiórkę pieniędzy na cele charytatywne. Podczas zjazdu Marcin poznał przedstawicieli niemieckiej fundacji Delfin, którzy podjęli się zorganizowania dla niego dłuższego pobytu za naszą zachodnią granicą. W ten sposób we wrześniu 2004 r. ojciec zawiózł Marcina do Bielefeld, gdzie wszystko było przygotowane na jego przyjęcie.

Reklama

W odróżnieniu od Polski, tam już od wielu lat państwo pokrywa koszty związane z zaangażowaniem asystenta lub przystosowaniem mieszkania do potrzeb osoby niepełnosprawnej. Ale niemieckie państwo jest oszczędne: jako singiel Marcin otrzymywał 1200 euro zasiłku. Po opłaceniu czynszu i energii zostawało mu 500-600 euro. Za mało, aby przeżyć. Powinien, jak wielu innych, dorabiać. Ale w jaki sposób – bez rąk i nóg? Zaczął się ogłaszać w sieci jako grafik komputerowy. Projektował wizytówki, firmowe loga, strony internetowe. Zgłosił się również do urzędu zatrudnienia i regularnie meldował się tam na rozmowy, ale ani razu nie otrzymał oferty uwzględniającej jego niepełnosprawność. „Pośredniak” miał uprawnienia do kontrolowania jego finansów. Na koncie nie mogło być więcej niż 150 euro ponad kwotę zasiłku. W końcu Marcin zrezygnował z zasiłku i otworzył własną działalność gospodarczą.

– Jeździliśmy od miasta do miasta – wspomina Małgorzata – i sprzedawaliśmy obrazki na ulicy. Najtańsze kosztowały 2 euro. To była jedyna możliwość: z powodu pandemii COVID-19 w Niemczech przez parę lat nie organizowano żadnych wystaw. Drukowaliśmy grafiki na kolorowej drukarce. Ja przycinałam je nożyczkami, Marcin obsługiwał komputer. To były typowe „niedzielne obrazki” (Sonntagsbilder), jak o nich mówią Niemcy. Czyli – widoki polskich i niemieckich miast, kwiaty i zwierzęta, zabytkowe budowle. Sporo sprzedawaliśmy przez internet.

– Wyglądało na to – dodaje Marcin – że znaleźliśmy lukę rynkową. Obecnie mam w komputerze ok. 1200 grafik i obrazów o najróżniejszej tematyce.

Tu warto zaznaczyć, że prace Marcina zostały wystawione na wielkiej wystawie malarstwa i grafiki w chińskim Chongqing. Dziesięć jego grafik znalazło się wśród kilkuset tam wystawionych.

Nie będzie odszkodowania

Reklama

Marcin Ryng miał nadzieję, że kiedy wyjedzie do Niemiec, przybliży to możliwość uzyskania przez niego odszkodowania od firmy Grünenthal, producenta Conterganu. W RFN już od kilkunastu lat ofiary tego leku walczyły o rekompensatę w sądach. Wiadomo było, że odszkodowania są wypłacane w postaci comiesięcznej renty, której wysokość zależy od stopnia uszkodzenia. W Bielefeld przekonał się jednak, że w jego sytuacji wygranie sprawy sądowej z potężnym koncernem może się okazać niemożliwe. Przede wszystkim z powodu kosztów postępowania. Możliwy koszt honorariów adwokatów, usług tłumaczy, opłat sądowych to dziesiątki tysięcy euro.

Owszem, jeździł na konsultacje do najlepszych specjalistów zajmujących się badaniem i kwalifikacją poszkodowanych. W 2009 r. był w Norymberdze u dr. Graffa. W 2013 r. badał go dr Horn w berlińskiej klinice Charité, gdzie wykonano bardzo kosztowne, sekwencyjne badanie genetyczne. Wykazało ono, że brak kończyn u Marcina nie jest spowodowany wadą genetyczną, tylko powstał we wczesnym okresie ciąży pod wpływem uszkodzenia płodu przez Contergan. W 2024 r. Marcin zgłosił się w Hamburgu na kolejną konsultację u dr. Beyera w Schön Klinik, który zajmował się m.in. przypadkami odrzuconych roszczeń.

Reklama

– Uszkodzenia płodu – opowiada Marcin – spowodowane stosowaniem Conterganu nie ograniczały się do skrócenia czy braku kończyn. Rodziły się dzieci bez oczu i uszu, z uszkodzeniami lub brakiem narządów wewnętrznych, często w ogóle niezdolne do życia. W tym właśnie czasie głośna stała się sprawa Amerykanki Sherri Finkbine, która również zażywała Contergan we wczesnym okresie ciąży i domagała się jej usunięcia. Gazety na całym świecie cytowały jej słowa, że „nie chce urodzić potwora”. Zgodnie z obowiązującym prawem Sherri Finkbine odmówiono aborcji w USA, ale udało jej się przeprowadzić zabieg w Szwecji. Podobnych przypadków wymuszonej aborcji było dużo. Dopiero po wielu latach specjaliści ustalili, że talidomid zabił na całym świecie ok. 80 tys. dzieci i ok. 20 tys. w różnym stopniu okaleczył. Tylko w RFN zarejestrowano kilka tysięcy ofiar talidomidu, z których około połowy zmarło we wczesnym dzieciństwie. Wielki koncern miał dość pieniędzy, aby wynająć najlepszych adwokatów. Nawet gdy sąd wydał już wyrok, koncern Grünenthal odwoływał się przez całe lata do wyższych instancji. Niektórzy z poszkodowanych brali udział w strajkach głodowych, inni protestowali na ulicach niemieckich miast. Wstrząsający był widok demonstrantów, którzy nieśli transparenty przymocowane sznurkami do pleców, ponieważ nie mieli rąk...

Mała stabilizacja

W 2018 r., po 14 latach pobytu w Niemczech, Marcin Ryng wystąpił o przyznanie obywatelstwa. Aby je uzyskać, należało złożyć oświadczenie, że rezygnuje z pomocy socjalnej. Musiał też zaliczyć test z wiedzy o RFN oraz wykazać się znajomością języka niemieckiego w mowie i piśmie. Test obejmuje 100 pytań i jest dość trudny. Teraz razem z żoną mieszkają w Bielefeld. Mała stabilizacja: trzypokojowe mieszkanie na I piętrze, duża winda, żadnych schodów. W łazience zamiast wanny – brodzik na płaskiej podłodze. Takie drobne szczegóły są jednak bardzo ważne dla osoby, która ze wszystkich zabiegów toaletowych samodzielnie może tylko umyć zęby. Niedawno Marcin kupił nowoczesny akumulatorowy wózek inwalidzki ze szkieletem wykonanym z lekkich włókien węglowych. Kosztował 2 tys. euro (refundowane przez Krankenkasse), a waży tylko 14 kg! Wózek ma joystick podprowadzony wysoko pod prawą dłoń Marcina. Takie proste rozwiązanie umożliwia mu samodzielne poruszanie się po mieście.

Skoro już mowa o technice, Marcin przyznaje, że ma ciche marzenie – chciałby uzyskać prawo jazdy i samodzielnie prowadzić samochód. Aktualnie jeździ Volkswagenem Arteon. Kredyt będzie spłacany jeszcze przez dwa lata, ale potem wszelkie przeróbki będą już dozwolone. Mrzonka? Wcale nie. Taka przeróbka kosztowałaby ok. 70 tys. euro. Choć nie mrzonka, to na razie sprawa jest nierealna ze względu na koszty. Ale niekoniecznie: może znajdzie się bogaty sponsor? Może jakaś firma samochodowa w celach reklamowych przedstawi Marcinowi taką ofertę? W jego życiu zdarzyło się już tak wiele nieoczekiwanych sytuacji, że wcale by go to nie zaskoczyło. „Ważne są dni, których jeszcze nie znamy” – Marcin cytuje Marka Grechutę na zakończenie naszej rozmowy.

Contergan (talidomid) – lek o działaniu przeciwwymiotnym, przeciwbólowym i uspokajającym. W latach 1957-61 sprzedawano go bez recepty, w większych dawkach stosowano jako lek przeciwbólowy u kobiet, których ciąża przebiegała z powikłaniami. Miał być bezpieczny. Okazało się jednak, że w wyniku jego stosowania tysiące dzieci urodziło się z poważnymi deformacjami: skróconymi ramionami, szczątkowymi dłońmi wyrastającymi z barków, brakiem nóg, wadami serca, nerek, słuchu i wzroku. Około 3 tys. ofiar talidomidu nie przeżyło roku.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zbyszek – wierny Bogu, żonie i morzu

Niedziela szczecińsko-kamieńska 31/2017, str. 4

[ TEMATY ]

świadectwo

Bogdan Nowak

Zbigniew Matyjaśkiewicz

Zbigniew Matyjaśkiewicz

„Boże, Ty wszystko możesz. Dziękuję Ci za pomoc w morskiej tragedii, z której wyszedłem szczęśliwie dzięki szybkiej i energicznej akcji załogi pod kierunkiem kapitana Szcześniaka”

Takie słowa wdzięczności można usłyszeć od pierwszego oficera mechanika PŻM Zbigniewa Matyjaśkiewicza, którego odwiedzam w jego gościnnym mieszkaniu szczecińskim. W jego oczach widzę łzy wzruszenia, gdy przypomina sobie tamto smutne wydarzenie sprzed kilkunastu lat. Po chwili dodaje: – Człowiek zawsze odwołuje się do Boga, gdy znajduje się w dramatycznej sytuacji swego życia. Na niespokojnych falach morskich, gdy wszystkie nawigacyjne możliwości zostaną wykorzystane, marynarze intuicyjnie proszą Stworzyciela o nadzwyczajny ratunek. Zawsze na statku czułem się bezpieczny, bo bezgranicznie ufam Temu, który może wszystko. Jakże często takimi anielskimi posłańcami są ludzie, jak choćby w tej katastrofie morskiej sprzed lat – amerykańskie małżeństwo lekarsko-pielęgniarskie Nancy i Larry Hessowie, którzy płynęli z nami w tym trudnym rejsie z IJmuiden na Wielkie Jeziora Północnoamerykańskie. To oni walczyli o życie marynarzy, którzy ulegli wypadkowi na naszym statku.
CZYTAJ DALEJ

Jezus dotyka nas swoim Ciałem i Krwią, kiedy przychodzi do nas w Komunii

2026-04-09 14:47

[ TEMATY ]

rozważania

O. prof. Zdzisław Kijas

Karol Porwich/Niedziela

Jezus dotyka nas swoim Ciałem i Krwią, kiedy przychodzi do nas w Komunii. Dotyka nas w sakramencie pojednania czy sakramencie chorych. Dotyka nas w sakramencie bierzmowania i przekazuje nam Ducha Świętego.

1. Wieczorem w dniu zmartwychwstania. Wiemy, że w godzinie pojmania Jezusa w Getsemani wszyscy uczniowie uciekli w popłochu: obawiali się udziału w procesie, który miał doprowadzić Jezusa do potępienia i śmierci. Według czwartej Ewangelii tylko Piotr i inny uczeń próbowali zobaczyć, co się dzieje, idąc za Jezusem aż na dziedziniec domu arcykapłana (por. J 18, 15), ale potem Piotr, przestraszony rozpoznaniem go przez służącą, również odszedł (por. J 18, 16–18, 25–27). Tak więc ci, którzy zostawili wszystko, aby pójść za Jezusem (por. Mk 1, 18.20), oto porzucili Go i uciekli (por. Mk 14, 50). Dlaczego? Z powodu strachu! Strach jest wielką siłą: kiedy bierze człowieka w posiadanie, czy ni go tchórzem, ponieważ odbiera mu wszelką możliwość oporu, odbiera mu poczucie odpowiedzialności. Jest to brak odpowiedzialności za wiarę, za miłość, za nadzieję. Raptem wszystko to, co ważne, zdaje się okryte ciemnością nocy. Kto się lęka, nie widzi światła nadziei. Żyje w nocy. Dlatego Jezus Zmartwychwstały przychodzi „wieczorem”. Nie zwleka z przyjściem. Przychodzi do uczniów od razu, w tym samym dniu, w którym zmartwychwstał. Nie chce, aby Apostołowie trwali długo w ciemności lęku. Chce pokonać ich lęk przed życiem i przyszłością. Strach osłabił ich wiarę. Sprawił, że zapomnieli o prawdziwej miłości do Jezusa, zaciemnił ich nadzieję. Kiedy zabrakło Jezusa, zaczęli bać się świata, dlatego zamknęli się przed nim, przed światem, z obawy o to, co może ich spotkać. Drzwi były zamknięte z obawy. Sądzili, że wystarczy za mknąć drzwi i wszystko się odmieni. Uważali, że wystarczy zamknąć oczy, a świat stanie się inny, mniej brutalny. To czyste złudzenie. To, że coś ignoruję, że o czymś nie wiem, czegoś wiedzieć nie chcę, nie oznacza bynajmniej, że to coś nie istnieje. Nie można żyć „w zamknięciu” i sądzić, że wszystko będzie dobrze. Trzeba koniecznie podjąć odpowiednie działa nie, aby zwalczyć zło i promować dobro. To misja wierzące go. Apostołowie zamknęli się, bo chcieli przeczekać trudne chwile, aby bezpiecznie wrócić do Galilei, do swoich domów. Jest trzeci dzień po śmierci Jezusa i jest już prawie wieczór.
CZYTAJ DALEJ

Śp. Jacek Magiera: Najważniejsze decyzje podejmowałem na modlitwie

2026-04-10 22:59

[ TEMATY ]

Jacek Magiera

PAP/Leszek Szymański

Śp. Jacek Magiera

Śp. Jacek Magiera

Polski Związek Piłki Nożnej poinformował o śmierci Jacka Magiery - drugiego trenera reprezentacji Polski w sztabie selekcjonera Jana Urbana.

Były trener Legii Warszawa i Śląska Wrocław zasłabł podczas porannego treningu w Parku Grabiszyńskim. Wiele osób kojarzyło go nie tylko z ławki trenerskiej, ale także ławki kościelnej.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję