Angelika Kawecka: Wielu mówi o Tobie: „ksiądz z internetu”, „ksiądz z TikToka”. Czy ta etykieta, metka utrudnia posługę duszpasterską, czy wręcz przeciwnie – pomaga w tworzeniu duszpasterstwa, chociażby tego dzieci i młodzieży?
Reklama
Ks. Sebastian Kosecki: Prawda jest taka, że na co dzień nie doświadczam tej „etykietki”. Najczęściej przebywam wśród ludzi, z którymi żyję i pracuję: z ministrantami, wspólnotą oazową, uczniami, parafianami. Dla nich nie jestem „księdzem z TikToka” czy „księdzem z internetu”, ale po prostu jestem wikariuszem z Królowej Polski. W codziennym duszpasterstwie ta internetowa rozpoznawalność właściwie nie ma znaczenia. Oczywiście, zdarza się, że trafiam do środowisk, w których ludzie znają mnie wyłącznie z mediów społecznościowych, i wtedy rzeczywiście widzą przede wszystkim tę etykietę. Czy to pomaga, czy utrudnia? Patrząc na cel mojej obecności w sieci, myślę, że w dużej mierze pomaga. Dzięki temu, że dzieci i młodzież kojarzą mnie z internetu, z różnych działań czy materiałów, są po prostu ciekawe tego, co mam do powiedzenia. To pierwsze zainteresowanie często otwiera drzwi do głębszego spotkania i rozmowy. Jeśli chodzi o treści, które tworzę, to ich sensem jest ewangelizacja i dzielenie się Ewangelią. Media społecznościowe stają się więc mostem – ułatwiają dotarcie do tych, do których w inny sposób trudniej byłoby trafić, i nawiązanie relacji z nimi. Dzięki temu łatwiej jest zaprosić do czegoś więcej niż tylko do internetowego kontaktu.
Ta wirtualna przestrzeń bywa bardzo szybka, hałaśliwa i, niestety, powierzchowna. Jak więc głosić w niej Boga, który jednak przychodzi w ciszy, relacji i głębi, a nie w klikających się viralach i rolkach z milionami odsłon?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
To prawda – można powiedzieć, że internet i media społecznościowe nie są przestrzenią w pełni przystosowaną do przekazywania najgłębszych i najbardziej wymagających treści. I myślę, że nie o to w tym chodzi. Dla mnie sieć jest przede wszystkim narzędziem: miejscem, w którym można dotrzeć do człowieka, „złapać” go na chwilę, zatrzymać i zainspirować. Widzę to bardzo wyraźnie na przestrzeni lat. Dzięki obecności w sieci mogę docierać do różnych ludzi, szczególnie młodych. Chodzi o to, by pokazać im, że nawet jeśli gram w gry czy uczę języka angielskiego na streamie, to jednocześnie przez te aktywności można zobaczyć, jak piękne jest życie z Jezusem. Te formy zaangażowania mają być mostem prowadzącym dalej – do spotkania z Bogiem. Internet rzadko daje przestrzeń na ciszę, relację i prawdziwą duchową głębię. Dlatego traktuję go nie jako cel sam w sobie, ale raczej jako moment zatrzymania – impuls, który ma zachęcić człowieka, by odszedł od ekranu, odłożył telefon i w swojej parafii, we wspólnocie wiary, odnalazł Kościół, a w nim Chrystusa.
Reklama
Jaki jest sposób na to, aby być w internecie, a jednocześnie nie utracić autentyczności, ale i chronić strefę sacrum? Wiesz, myślę tu np. o księżach w Stanach Zjednoczonych, którzy na swoich profilach tańczą w prezbiterium...
Na początku chciałbym stanąć w obronie księży w Stanach Zjednoczonych (uśmiech), ponieważ miałem okazję przez pewien czas posługiwać właśnie tam i spotkać wielu kapłanów. Moje doświadczenie jest takie, że spora część z nich stanowi wręcz wzór tego, jak – moim zdaniem – powinna wyglądać kapłańska posługa i przeżywanie wiary. Myślę, że to nie jest kwestia kraju czy kultury. To zawsze jest sprawa konkretnego człowieka. I w tym sensie nie chodzi wyłącznie o internet. Kluczowe jest to, jak osobiście podchodzimy do swojej wiary i odpowiedzialności za to, co przekazujemy. Dotyczy to nie tylko księży, ale też każdego twórcy katolickiego, który chce w jakiś sposób wnosić Boga do przestrzeni mediów. Jeśli ktoś nie ma w sobie poczucia sacrum, to trudno, by było ono obecne w treściach, które publikuje w sieci. Dlatego tak ważne jest umiejętne wyznaczanie granic. Staram się w tej kwestii być dość powściągliwy i świadomie wybieram takie formy przekazu, które tych granic nie przekraczają. Wolę ograniczyć liczbę treści czy zrezygnować z bardziej „efektownych” pomysłów niż naruszyć to, co w wierze jest święte.
Reklama
W swojej posłudze, ale i w książkach, które piszesz, pokazujesz Boga bliskiego, który chce być z człowiekiem w jego zwykłych sprawach. Jak pomóc odkryć Boga młodym ludziom, którzy dosłownie są bombardowani powiadomieniami, scrollują treści, które przysłaniają Jego obecność i działanie?
Myślę, że warto najpierw spojrzeć na własną drogę wiary. Jeśli czytają to osoby, które mają doświadczenie żywego, bliskiego Boga, to doskonale wiedzą, jak do tego doszło – w jakich okolicznościach i przez jakie spotkania czy wydarzenia. Każdy z nas może czerpać z własnego doświadczenia, wyciągać z niego wnioski i w ten sposób przekazywać je dalej. Drugą bardzo ważną kwestią jest podejście indywidualne. Coraz wyraźniej widać, że skończyły się czasy, w których wystarczyło jedno ogólne słowo wypowiedziane z ambony, a wszyscy automatycznie je przyjmowali i wprowadzali w życie. Dziś jako pasterze, ewangelizatorzy i świadkowie wiary często musimy docierać do ludzi osobiście – do konkretnej osoby, z jej historią, pytaniami i wątpliwościami. Chodzi o to, by nie tyle przekazywać gotowe formuły, ile pokazywać Boga, którego sami spotkaliśmy. Właśnie to osobiste świadectwo, oparte na relacji i autentyczności, ma dziś największą siłę oddziaływania.
Dzieci i młodzież wychowują się dzisiaj jednocześnie w dwóch światach: wirtualnym i realnym. Jakie największe wyzwania duszpasterskie widzisz w pracy z młodym pokoleniem, tak bardzo zanurzonym w sieci?
Reklama
Myślę, że kluczowe jest przede wszystkim dawanie propozycji. Pracuję bardzo dużo z dziećmi i młodzieżą – w szkole, na wyjazdach, podczas rekolekcji – i widzę, że telefon stał się nieodłącznym elementem codzienności. To jest po prostu fakt i nie ma sensu go negować. Dlatego np. na obozach ministranckich czy rekolekcjach oazowych, na które jeżdżę, obowiązuje zasada, że w ciągu dnia nie korzystamy z telefonów. Równolegle uczymy młodych, jak spędzać czas bez ekranu. Staram się też konsekwentnie trzymać tej zasady w codziennych spotkaniach z młodzieżą – tworzyć jak najwięcej przestrzeni bez telefonu. Chodzi o to, by pokazywać młodym, że można ciekawie, twórczo i po prostu dobrze spędzać czas również off-line: grając w gry planszowe, rozmawiając czy będąc razem bez ciągłego patrzenia w ekran. To nie zakazy, ale propozycja i doświadczenie wspólnoty są tu najważniejsze.
Ze swoim przekazem docierasz też do osób, które są poranione Kościołem, zdystansowane wobec niego lub poszukujące. Umiesz z nimi prowadzić dialog, który nie moralizuje, ale zaprasza do relacji. Jak się to robi? Jak to przekuć na działania „na żywo”?
To pytanie dotyka czegoś niezwykle ważnego. Rzeczywistość docierania do osób „z zewnątrz”, do tych, którzy są daleko lub czują dystans wobec Kościoła, jest mi szczególnie bliska. Myślę, że klucz do odpowiedzi kryje się w jednym słowie: ocenianie. W Kościele – podobnie jak w całym społeczeństwie – zmagamy się z tendencją do bardzo szybkiego oceniania ludzi. Często wystarczy, że coś o kimś usłyszymy: jakie ma poglądy, na kogo głosuje, jak żyje, a w naszej głowie natychmiast pojawia się gotowa opinia. Zdarza się, że taki człowiek zostaje od razu skreślony, zanim w ogóle dojdzie do spotkania. Jestem przekonany, że w momencie, gdy przestajemy oceniać, dużo łatwiej otworzyć się na drugiego człowieka takiego, jaki jest. Dopiero wtedy pojawia się przestrzeń na prawdziwe spotkanie i dialog. Drugą ważną sprawą jest po prostu chęć. Jeśli nie ma w nas realnego pragnienia dotarcia do drugiego człowieka, to żadne metody ani narzędzia nie zadziałają.
Reklama
Czy masz jakieś świadectwa, historie z internetu, które utwierdziły Cię w przekonaniu, że ewangelizacja on-line ma sens i nie należy się ograniczać jedynie do jej tradycyjnej formy?
Tak, mam takie doświadczenia – i to całkiem sporo. Przez pewien czas nawet je spisywałem. Otrzymywałem różnego rodzaju świadectwa od ludzi, którzy pisali, że dzięki modlitwie prowadzonej przeze mnie na transmisjach na żywo zdecydowali się wrócić do spowiedzi, zaczęli czytać Pismo Święte, regularnie się modlić albo ponownie odnaleźli drogę do Kościoła. Trudno mi dziś podać dokładną liczbę, ale myślę, że przez te 3 lata działalności trochę się tego uzbierało. Ale tu nie chodzi o statystyki. Nawet gdyby była to tylko jedna osoba, która rzeczywiście doświadczyła działania Boga – nawet jeśli nigdy o tym nie napisała ani się tym nie podzieliła – to już jest coś niezwykle pięknego. Te świadectwa utwierdzają mnie w przekonaniu, że to nie jest moje dzieło, ale działanie Pana Boga. Ja staram się być jedynie narzędziem, a wierzę, że to On sam działa przez to, co robię.
W świecie algorytmów, zasięgów, polubień czy udostępnień bardzo łatwo jest zgubić najważniejszą intencję: po co tu jestem, dla Kogo to robię. Jak Ty dbasz o swoją duchową higienę i nie pozwalasz, aby to internet przejął ster Twojego kapłańskiego powołania?
Reklama
Nie muszę szczególnie pilnować tej granicy, ponieważ od samego początku nie miałem potrzeby budowania wokół tego „własnego dzieła” ani szukania osobistej chwały czy rozpoznawalności. Media społecznościowe nigdy nie były dla mnie celem samym w sobie. Najlepszym potwierdzeniem jest to, że w każdej chwili mógłbym z dnia na dzień usunąć konto na TikToku i nie miałbym z tym żadnego problemu. Traktuję to wyłącznie jako narzędzie. Gdyby np. mój przełożony poprosił mnie o zakończenie tej działalności, mógłbym to zrobić natychmiast. Oczywiście, byłoby mi szkoda dobra, które się przez to dokonuje, ale mam pełną świadomość, że to nie jest coś, co mnie definiuje. Dziś korzystam z jednego narzędzia, jutro mogę korzystać z innego. Padło też pytanie o „przejęcie sterów kapłańskiego powołania” i muszę powiedzieć, że TikTok stanowi naprawdę bardzo niewielki procent mojego życia. Choć wiele osób kojarzy mnie głównie z internetu, w rzeczywistości jest to tylko mały fragment mojego zaangażowania. Zdecydowaną większość czasu zajmuje mi codzienna posługa w parafii: spotkania z ludźmi, praca duszpasterska, bycie z tymi, którzy są mi powierzeni. To właśnie ta przestrzeń jest dla mnie najważniejsza i daje mi największą radość.
Co powiedziałbyś tym, którzy mówią: „Nie mam czasu na Boga”, a jednocześnie spędzają godziny w sieci?
Problemem zazwyczaj nie jest brak czasu, ale brak decyzji. Jest takie znane powiedzenie: jeśli ktoś chce, szuka sposobów; jeśli nie chce – szuka powodów. Kiedy słyszę: „nie spotykam się z Bogiem, bo nie mam czasu”, odbieram to raczej jako podanie powodu, by tego nie robić. Dlatego najważniejsze pytanie brzmi: czy naprawdę chcesz? Bo jeśli chcesz, to zawsze znajdziesz sposób – nawet mały, prosty, dostosowany do twojego życia – który pozwoli ci tę relację budować. A wtedy bardzo szybko okazuje się, że spotkanie z Bogiem jest nie kolejnym obowiązkiem, ale początkiem pięknej przygody.
Ks. Sebastian Kosecki wikariusz w Parafii Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Zawierciu, członek Rady Kapłańskiej Archidiecezji Częstochowskiej, autor książek, m.in. Algorytm szczęścia. Boski przepis na udane życie, Żyj bez granic, Starszy brat. O towarzyszeniu młodym w przygodzie życia
