Reklama

Między misją a towarem

O dziennikarstwie politycznym i kształtowaniu mediów przez opinię publiczną z Igorem Zalewskim rozmawia Wiesława Lewandowska

Niedziela Ogólnopolska 4/2016, str. 36-37

[ TEMATY ]

polityka

rozmowa

Grzegorz Boguszewski

Igor Zalewski

Igor Zalewski

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Od czasu, kiedy na początku lat 90. ubiegłego wieku pracowaliśmy w „Życiu Warszawy”, potem w „Życiu”, minęła niemal cała epoka w dziejach mediów III RP. Dziś często spotykamy się z bardzo krytycznym opisem jakości mediów, także wśród samych dziennikarzy. Jak po prawie ćwierćwieczu intensywnej pracy dziennikarskiej oceniasz procesy i przemiany polskich mediów, które zachodziły na naszych oczach?

IGOR ZALEWSKI: – Powiedziałbym, że cały ten miniony czas trzeba by podzielić nawet na dwie epoki: kończącą się właśnie epokę mediów tradycyjnych i nadchodzącą epokę mediów postnowoczesnych, wirtualnych, które już teraz przeżywają rozkwit i prowadzą do zwijania się tych pierwszych. Zwłaszcza prasa jest dziś wyraźnie słabsza niż dwie dekady temu. Gazety muszą dziś ostro walczyć o życie, i to nawet te, których śmierci jeszcze kilka lat temu nigdy byśmy nie przewidywali; „Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita” są dziś ledwie śladem dawnej potęgi... Faktem jest, że jako dziennikarz od pewnego czasu obserwuję straszliwą pauperyzację mediów tradycyjnych.

– A ta – tak wynika z moich obserwacji – jednak znacznie wyprzedziła pojawienie się konkurencji mediów wirtualnych.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

– To dlatego, że w pewnym okresie, zwłaszcza w latach 2006-07, na i tak już różnorodnym rynku medialnym w Polsce pojawiło się kilka nowych tytułów, które bardzo nasiliły konkurencję. Wydawcy liczyli na wielkie zyski i rzeczywiście wyciągali z tegoż rynku duże pieniądze. Wtedy doszło do dość absurdalnego przeinwestowania. Dziennikarze odczuli to na własnej skórze.

– W jaki sposób?

– To były złote czasy, zarabialiśmy wówczas jakieś absurdalnie wielkie pieniądze! W latach 2007-08 zarabiałem mniej więcej tyle samo, jeżeli nie więcej, co mój odpowiednik w Londynie. Było to po prostu niedorzeczne, bo przecież gazety w Anglii miały milionowe nakłady i trudno je było nawet porównywać z naszymi.

– Można by powiedzieć, że właściwie nie wiadomo, dlaczego zepsuto w ten sposób rynek dziennikarski, zdemoralizowano dziennikarzy...

– To brzmi zbyt brzydko... Trudno jednak zrozumieć, dlaczego wydawcy gazet i czasopism robili wtedy coś, na co w istocie nie było ich stać. Kiedy nadszedł kryzys 2008 r., to wyszło na jaw – jak mówi Warren Buffett, amerykański inwestor giełdowy – „kto się kąpie w kąpielówkach, a kto na golasa”. Wtedy okazało się, że wszyscy medialni inwestorzy w Polsce kąpali się na golasa. Bezwzględnie obnażona została wówczas słabość polskich gazet i tygodników. W naszych mediach drukowanych nastała epoka obcinania dosłownie wszystkiego, żeby się jakoś ratować.

– I dlatego stały się byle jakie, nierzetelne, mało profesjonalne?

Reklama

– Niestety, nie sposób tego nie zauważyć. Wyrzucano przede wszystkim tych bardziej kosztownych profesjonalistów, rezygnowano z bardziej kosztochłonnych form dziennikarskich, jeden dziennikarz musiał w redakcji robić to, co wcześniej robiło pięciu... Efekt – praca dziennikarska stawała się coraz płytsza, teksty były coraz gorsze. Gazety najzwyczajniej w świecie przestały być interesujące, coraz mniej pojawiało się w nich reportaży z kraju i ze świata, zaczęło zanikać dziennikarstwo śledcze. Zamiast tego pojawiła się tzw. zaangażowana politycznie publicystyka, jako najłatwiejsza forma dziennikarska…

– I to wtedy zaczęła się epoka sterowanej medialnie ostrej walki politycznej…

– Można powiedzieć, że wspomniane okoliczności ekonomiczne znacznie ją nasiliły, poprzez te właśnie „tanie” komentarze, łatwą publicystykę. Ale tym, co mnie zaczęło naprawdę przerażać, jest to, że pojawiło się wtedy jeszcze jedno bardzo niszczące zjawisko; dotąd uważano, że to media kształtują opinię publiczną, teraz doszło do wręcz fascynującego odwrócenia tej zależności – to opinia publiczna zaczęła kształtować media.

– Bo media zaczęły jej schlebiać, by się lepiej sprzedawać?

– Tak. Ale wielką rolę odgrywają tu tzw. nowe media, choćby Facebook, Twitter. To dzięki nim dziennikarz ma dzisiaj natychmiastową ocenę tego, co robi, wie doskonale, co jego odbiorca akceptuje, i po prostu dopasowuje się do najbardziej popularnych przekonań oraz gustów. Efekt jest taki, że to ogon kręci psem, a nie pies ogonem. Dzisiejsi dziennikarze nie mają więc ambicji, żeby kształtować opinię publiczną, windować ją do góry. To ta opinia, najczęściej niezbyt wysmakowana, kształtuje ich przekaz.

– Ale czy to znaczy, że współczesne polskie media w nikłym stopniu odbijają całą złożoną rzeczywistość, opisują ją w sposób mało pogłębiony?

Reklama

– Myślę, że media nie odbijają rzeczywistości, lecz głównie chęci i myśli swych najwierniejszych odbiorców. Dziennikarze tak bardzo przejmują się oceną zwrotną swej pracy, że prawdziwa rzeczywistość coraz mniej ich interesuje. Menadżerowie medialni już tak dokładnie spenetrowali swoją publiczność, właśnie poprzez media społecznościowe, że od dziennikarzy domagają się bardzo określonych działań. Publicysta czy komentator bardzo rzadko może sobie pozwolić na nową, kontrowersyjną tezę lub opinię, jeśli chce utrzymać pracę.

– Już od początku lat 90. ubiegłego wieku nasi menedżerowie przekonywali nas, że praca dziennikarska to żadna misja naprawiania świata, lecz tylko towar, który musi się dobrze sprzedać...

– Tyle że wtedy my, dziennikarze, jeszcze tak bardzo się tym nie przejmowaliśmy. Wydaje się, że z biegiem lat te relacje między misją a towarem bardzo się zmieniły, niestety, na niekorzyść misji.

– Dziennikarze zaczęli tracić poczucie misji, odchodzili z zawodu albo zostali „zredukowani”.

– Tak. Wszystko to wynikło głównie ze słabości kapitałowej mediów. Jeszcze dekadę temu media tradycyjne były dość potężne i mogły sobie pozwolić na konfrontację z wielkim biznesem. Dzisiaj standardem jest pisanie na zamówienie rozmaitych firm, koncernów, korporacji w zamian za drogą reklamę. Niektórzy dziennikarze nie godzą się na to, odchodzą. Natomiast biedne gazety idą na ten układ bez oporu. Stąd dzisiejsza degrengolada mediów i zaprzeczenie ich roli. Media są więc coraz częściej zredukowane do roli towaru takiego jak inne.

– Straciły szansę bycia spokojnym mentorem, zmuszającym do myślenia, kształtującym dobre gusta?

– Niestety, tak. A – moim zdaniem – zbyt podlizują się swoim odbiorcom.

– Tylko swoim?

Reklama

– Tak! Mamy dziś swoistą „gettowość”; właściwie wszystkie media w Polsce okopują się w swoich gettach do tego stopnia, że tracą rozeznanie w tym, co dzieje się wokół.

– A więc musiało dojść do tego, że dziennikarze posługują się stereotypami i umacniają je w kręgach wyłącznie swoich odbiorców?

– Tak właśnie jest. Ostatnio np. redaktor Piotr Bratkowski, którego skądinąd cenię, dał wyraz swemu przerażeniu PiS-owskimi nominacjami w telewizji publicznej; napisał, że to ludzie z trzeciego szeregu, mierni, nieznani nikomu. Poinformowałem go więc, że np. Mateusz Matyszkowicz, który został szefem TVP Kultura, to postać wybitna i autor najlepszego, moim zdaniem, programu o książkach pt. „Literatura na trzeźwo”, emitowanego w Telewizji Republika. Tyle że specjalizujący się w sprawach kultury Bratkowski, zamknięty w swoim gettcie, nigdy o nim nie słyszał... To pokazuje, jak bardzo my, dziennikarze, jesteśmy pozamykani w swoich środowiskach, jak bardzo podzieliła nas bariera nieprzenikalności.

– Dzisiejszy świat dziennikarski dokładnie odzwierciedla „dwie Polski”?

– Powiedziałbym, że wręcz potęguje ten nasz ogólnopolski podział. Bez wątpienia media odegrały bardzo dużą rolę w dzieleniu Polaków. Przeciętny obywatel obserwujący grę polityczną i mający jakieś własne poglądy ogranicza się do tychże poglądów. Natomiast dziennikarz, oprócz tego, że też może mieć swoje poglądy, ma jeszcze własne interesy.

– Które decydują o poglądach?

Reklama

– Tak często bywa. Pewna dziennikarka „Gazety Wyborczej”, gdy zarzucałem „Gazecie” nakręcanie spirali nienawiści, demonizowanie zagrożenia Polski przez PiS, tłumaczyła mi, że ta zaciekłość jej środowiska bierze się z obaw, że nowa władza zmiecie „Agorę” – która i tak od pewnego czasu przeżywa ciężkie chwile – że najzwyczajniej w świecie nie będzie z czego żyć... Jak to ujął J. P. Morgan, amerykański bankowiec i milioner – każdy ma dwie intencje tego, co robi: tę szlachetną i tę prawdziwą...

– Dziennikarze stracili tę szlachetną?

– Powiedziałbym nieco łagodniej, że zbyt łatwo ją tracą. Ta prawdziwa jest często bardziej prawdziwa niż ta szlachetna.

– Jakie były Twoje intencje, gdy jako świeży absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie ćwierć wieku temu rzucałeś się w wir dziennikarstwa politycznego?

– W tamtym okresie, gdy jako 22-latek trafiłem do poważnej gazety, od razu zostałem jednym z głównych dziennikarzy politycznych. To do dziś budzi moje zdziwienie!

– Takie były czasy!

– Faktem jest, że niemal jako dzieciak relacjonowałem wtedy poważne wydarzenia polityczne. To była naprawdę rewolucyjna sytuacja, wymagająca świeżego spojrzenia na rzeczywistość!

– Miałeś wtedy poczucie zawodowej misji?

– Byłem przekonany, że moja praca jest nie tylko kwestią zarobku, ale że ma jakiś wpływ na Polskę. Wyobrażałem sobie, że uczestniczę w czymś ważnym i że być może coś tam tą swoją małą łopatką dosypuję do tej nowej budowli...

– Ale w końcu straciłeś tę radość z uczestnictwa w czymś ważnym?

– Tak, choć mam nadzieję, że nie do końca. Teraz, od pewnego już czasu jestem większym pesymistą... Gdzieś zatraciłem tamten swój idealizm.

– Dlaczego?

Reklama

– Często się nad tym zastanawiam. Może dlatego, że to bardzo zaangażowane dziennikarstwo polityczne miało najwięcej sensu właśnie wtedy, na przełomie 1989-90 r., kiedy to my, młodzi dziennikarze, mogliśmy czuć ten nasz dobry wpływ na bieg dziejów. Później kilka razy rozczarowałem się polityką, zwłaszcza gdy do władzy dochodzili tzw. moi, których uznawałem za dobrych znajomych, przyjaciół, oddanych polskim sprawom patriotów. Okazywało się bowiem, że wcale tacy nie byli, że nie spełnili pokładanych w nich oczekiwań. Zawiedli ludzie z AWS, potem ci, którzy nie chcieli stworzyć rządu PO-PiS, a zamiast tego zafundowali Polakom potężną kłótnię, a jeszcze później ci – i to było najbardziej odrażające – wywołali wojnę domową wokół katastrofy smoleńskiej... Poziom nienawiści w polityce i mediach stał się już tak wysoki, że ostatecznie straciłem tę swoją polityczną pasję. Teraz wolę pisać felietony obyczajowe.

– Ale wciąż jesteś współautorem – razem z Robertem Mazurkiem – najdłuższego serialu w prawicowych mediach „Z życia koalicji, z życia opozycji”, czyli prześmiewczych złośliwości dotyczących właśnie polityki i polityków.

– To satyra polityczna, którą – szczerze tu wyznam – piszę dla pieniędzy. Nie wstydzę się tego, ponieważ ta rubryka drukowana od 1998 r. w różnych tytułach spoza tzw. głównego nurtu cieszy się niezmiennie dużą popularnością wśród czytelników. Jeszcze kilkanaście lat temu to satyryczno-polityczne pisanie sprawiało mi wielką frajdę, dziś już tak nie jest.

– Nie kibicujesz dziś zatem nawet wielkiej politycznej wojnie o wolność mediów publicznych? Co sądzisz o ich jakości?

– Rzecz jasna, nie jest to dla mnie temat obojętny. Pracując przez pewien czas w TVP, poznałem naprawdę wspaniałych fachowców, ludzi czujących swą misję, ale wydaje mi się, że telewizja publiczna przez lata wyspecjalizowała się przede wszystkim w łamaniu ludzi, w kruszeniu kręgosłupów, w związku z czym dziś dominują tam jednak oportuniści, ludzie przejęci strachem o własny byt, co paraliżuje ich normalne funkcjonowanie dziennikarskie. Nigdy przedtem ani potem nie spotkałem się z taką „kulturą” pracy.

– A zatem trzeba tę instytucję pilnie i gruntownie odnowić?

Reklama

– Korzystając z prawa felietonisty, powiem nawet, że trzeba by ją wysadzić w powietrze i ściągnąć kilku gości z BBC.

– Tyle że standardy BBC też ponoć ostatnio podupadają…

– Rzeczywiście, to wszechobecne hołdowanie poprawności politycznej jest jedną z większych tragedii współczesnych mediów. Dlatego wolę być wydawcą porządnych książek niż dziennikarzem w byle jakich mediach.

* * *

Igor Zalewski
Dziennikarz, felietonista (m.in. „Życie”, „Nowe Państwo”, „Wprost”, „Dziennik”, „Polska”, „Uważam Rze”, „wSieci”), autor książek, redaktor naczelny wydawnictwa The Facto

2016-01-20 09:03

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Strażnicy „przestarzałych wartości”

Niedziela Ogólnopolska 12/2016, str. 36-37

[ TEMATY ]

wywiad

rozmowa

Grzegorz Boguszewski

Edmund Muszyński

Edmund Muszyński

Z Edmundem Muszyńskim i Mirosławem Widlickim o nowym szturmie na PAST-ę i walce o ideały Armii Krajowej rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jest Pan, Panie Prezesie, jednym z nielicznych już, niestety, przedstawicieli pokolenia Armii Krajowej... EDMUND MUSZYŃSKI: – Jednym z ostatnich i coraz bardziej bezsilnych, nie tylko z powodu stanu zdrowia. Bardzo martwi mnie stan naszego AK-owskiego środowiska. Choć jest w nim wciąż jeszcze wielu ludzi prawdziwych, doskonale czujących przesłanie Armii Krajowej, to jestem bardzo zniesmaczony postawą tych, którzy od kilku już lat decydują o naszym Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Tak naprawdę trudno mi powiedzieć, kim są ci ludzie, bo na pewno nie rozumieją słów: „Bóg, Honor i Ojczyzna”. – Kim zatem są dzisiejsi członkowie Światowego Związku Żołnierzy AK? MIROSŁAW WIDLICKI: – W ostatnich latach rzeczywiście coraz trudniej to określić. I takie pytania zadają nam członkowie terenowych kół AK. Sprawa była oczywista w latach 90. ubiegłego wieku, gdy żyło jeszcze wielu dowódców AK, gdy wszyscy dobrze się znali i na ogół znali swoją przeszłość. Po 2000 r. szeregi poszerzały się o wolontariuszy – takich jak ja – niekombatantów, ale przybywało też członków kombatantów, których nie miał kto weryfikować i którzy następnie trafiali do władz różnych szczebli, również do Zarządu Głównego. – Czy częste są dziś życiorysy AK-owskie niedostatecznie uwierzytelnione? M. W.: – To przykre, ale krążą takie opinie, a te przypadki, nawet jeśli nie są zbyt częste, to i tak podważają wiarygodność całego związku. Poza tym w ostatnich latach, w czasach docierającej do nas liberalizacji, można zaobserwować odchodzenie związku od swoich ideałów. Gdy pan prezes Muszyński napisał piękną „Preambułę” do naszego statutu (aby przeciwstawić się tej liberalizacji), wywołało to protesty, Zarząd Główny przegłosował odrzucenie „Preambuły”. – Dlaczego? M. W.: – Dlatego, że była zbyt „bogoojczyźniana”, a teraz to nie na czasie. Dwadzieścia lat temu taka reakcja byłaby nie do pomyślenia. Bardzo więc stępiła się ta szczególna czujność, nawet w ludziach powołujących się na etos AK, a niedługo już nie będzie tych, którzy dziś starają się tę czujność budzić... – Światowy Związek Żołnierzy AK stara się jednak przekazać swą wartę następnemu pokoleniu, poprzez tzw. członków nadzwyczajnych... M.W.: – Ludzie młodsi, niekombatanci, jeśli deklarują przywiązanie do wartości i etosu Armii Krajowej i chcą czynnie i całkowicie bezinteresownie pracować w związku, by zaszczepić ten etos szczególnie w młodym pokoleniu, otrzymują status członka nadzwyczajnego – bez praw wyborczych. Po roku działalności i pozytywnej opinii prezes okręgu ma prawo nadać im status członka zwyczajnego – z prawami wyborczymi, lecz oczywiście bez uprawnień kombatanckich. Taki właśnie status ja posiadam. Mimo że jestem z młodszego pokolenia, to podobnie jak pan prezes Muszyński ubolewam nad odchodzeniem (mam nadzieję, że to wyjątki) od Boga, ale i z honorem jest różnie. E. M.: – Niedawno byłem bardzo zdumiony tym, że kilka osób przyjęło medale zasługi od... prezydenta Niemiec. Choć tego nie nagłaśniano. M. W.: – Prezydent Niemiec wręczył te odznaczenia powstańcom warszawskim, odpowiednio dobranym członkom naszego związku. Naszym zdaniem, przyjmowanie ich było co najmniej dwuznaczne moralnie i mogło budzić niesmak. E. M.: – Ja z zasady odmawiałem przyjmowania odznaczeń. Przyjąłem tylko Krzyż Armii Krajowej i Krzyż Partyzancki. – Kiedy, Panów zdaniem, zaczęły się te „budzące niesmak” zmiany? E. M.: – Moim zdaniem, widać je wyraźnie od czasu, gdy w Polsce zaczęli rządzić liberałowie, czyli Platforma Obywatelska. Wcześniej nikt w naszym środowisku nie ośmielał się kwestionować wartości, z których wyrasta etos AK. Nagle okazało się, że wszystko można wyśmiać, nawet splugawić, a w najlepszym razie przemilczeć. M. W.: – Dwa lata temu pewna szkoła przyjęła imię jednego z naszych bohaterów lotników i... na jej sztandarze zabrakło słowa „Bóg”, jest tylko „Honor i Ojczyzna”. Komuś przyszło do głowy, żeby tak ocenzurować sztandar. – Pytaliście, dlaczego tak się stało? E. M.: – Nie miał kto zadać tego pytania, bo na uroczystość nawet nas nie zaproszono. Może dlatego, że byśmy tam tylko przeszkadzali jako strażnicy „przestarzałych wartości”. M. W.: – Po prostu atmosfera poprawności politycznej trafiła pod strzechy. Decyzję w tej konkretnie sprawie najprawdopodobniej podjęli sami nauczyciele tej szkoły, może rodzice, a w najmniejszym stopniu młodzież. – Kłopoty z wypełnianiem misji ŚZŻAK nie polegają więc dziś tylko na tym, że odchodzą już ci, którzy swym życiem zaświadczali, czym jest hasło: „Bóg, Honor i Ojczyzna”... M. W.: – Faktem jest, że jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy wśród nas była większa liczba dowódców o niekwestionowanym autorytecie, łatwiej było wypełniać tę patriotyczną misję w obronie najważniejszych polskich wartości. E. M.: – Istotnie, od kilkunastu lat nie tylko na tym polegają nasze kłopoty. Wystarczy tu przypomnieć perturbacje z zakładaniem Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego, która miała być materialną bazą dla działalności ŚZŻAK. Kiedy zaczynaliśmy powoływać fundację w roku 1998, było jeszcze całkiem uczciwie... – Co to znaczy? E. M.: – Założycielami fundacji mieli być pospołu Światowy Związek Żołnierzy AK i warszawski Urząd Wojewódzki. W końcu jednak jedynym fundatorem został nasz związek. Tak się złożyło, że wybrano mnie na pierwszego prezesa fundacji. To było w czasie, kiedy kończyły się rządy Jerzego Buzka, a AWS tracił poczucie bycia partią uczciwą. Przygotowałem wtedy projekt statutu, potem kolejne, których z jakiegoś powodu długo nie chciano zaakceptować w Krajowym Rejestrze Sądowym. W końcu, po pokonaniu licznych kłód pod nogami, we wrześniu 1999 r. statut został zarejestrowany. Fundacja mogła więc wreszcie przyjąć darowiznę – czyli przejąć budynek PAST-y. Ale to nie koniec kłopotów. Prawdziwa walka dopiero się zaczęła. – Zaczęła się nowa walka o PAST-ę? E. M.: – Tak, i to równie zacięta jak ta w 1944 r. Od początku było jasne, że ktoś za wszelką cenę chce nam uniemożliwić przejęcie PAST-y, czyli jej nieodpłatne scedowanie przez Skarb Państwa na rzecz naszej fundacji. Państwo musiało wypłacić sowite odszkodowanie firmie do tej pory administrującej tym budynkiem tylko w zamian za to, że nie będzie ona pretendowała do tytułu własności. O ile pamiętam, było to 960 tys. zł – ostatnie pieniądze, które miał do dyspozycji premier Buzek przed podaniem się do dymisji. M. W.: – Gdyby nie to odszkodowanie, sprawa przez lata toczyłaby się w sądach, a z darowizny na rzecz naszego związku nic by nie wyszło. I tamta firma nadal by sobie pasożytowała na budynku PAST-y, podobnie jak czyniło to w innych miejscach wiele pokomunistycznych firm. – Można powiedzieć, że to pan prezes Muszyński ponownie odbił PAST-ę? M. W.: – Jak najbardziej, choć dzisiaj wielu się do tego przyznaje... E. M.: – ...a nie mają nawet bladego pojęcia, jak ostro wtedy było. Po zarejestrowaniu statutu zaczęła się wojna podjazdowa – i to na wielu frontach – mająca nam uniemożliwić przejęcie PAST-y. W urzędzie wojewódzkim zadziałał ktoś wpływowy; urzędnicy zaczęli mnożyć trudności, zwłaszcza wicedyrektor wydziału gospodarki ziemią i geodezji, który aby rzecz maksymalnie utrudnić, przygotował specjalne plany geodezyjne wręcz uniemożliwiające przekazanie nam działki, na której stoi budynek PAST-y. M. W.: – Działkę podzielono na dwie części – umyślnie w taki sposób, że część budynku PAST-y z windą wydzielono i przypisano do działki sąsiedniej! Chciano tak skomplikować sytuację prawną, by uniemożliwić, a co najmniej na bardzo długo odwlec przekazanie budynku Związkowi AK. To wszystko by się powiodło – bo ten chytry zabieg utrzymywano w ścisłej tajemnicy – gdyby nie to, że jedna z wysokich urzędniczek uczciwie ostrzegła pana prezesa Muszyńskiego, że coś takiego się kroi. E. M.: – To prawda. Nikomu o tym nie mówiłem, ale wtedy zacząłem osobiście atakować wojewodę. Umowę przekazania darowizny, oczywiście, przedłożyłem wcześniej radcom prawnym w Ministerstwie Skarbu Państwa. Nikt tam nie miał żadnych zastrzeżeń. Pojawiły się one potem nagle – zaczęto domagać się od nas kolejnych bezsensownych dokumentów. Do końca nie byliśmy pewni, czy podpisanie umowy w ogóle kiedykolwiek nastąpi, gdyż targi były niezwykle ostre. Strona przeciwna – na dobrą sprawę nie wiadomo kogo reprezentująca, nieżyczliwa – do końca miała chyba nadzieję, że do tego podpisania, mimo wcześniejszych uzgodnień, jednak nie dojdzie. Pomogły wspierające nas działania dyrektor Wydziału Skarbu Państwa i Przekształceń Własnościowych Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego Bożeny Grad, a szczególnie szefa Kancelarii Premiera Buzka ministra Mirosława Koźlakiewicza; przyszło polecenie od premiera, aby pan wojewoda podpisał dokument. To było 10 listopada 1999 r. – Miał Pan wówczas wielką satysfakcję, poczucie zwycięstwa? E. M.: – Tak, ale to poczucie trwało krótko, ponieważ już następnego dnia nie dostąpiłem zaszczytu uroczystego przejęcia budynku z rąk premiera Buzka... PAST-ę przejmował ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK płk Stanisław Karolkiewicz, sam. Mnie zignorowano... Mimo że przecież byłem prezesem zarządu fundacji, adresatem całej korespondencji w tej sprawie, mimo że – powiem nieskromnie – przez wiele miesięcy sam walczyłem o PAST-ę. – Cóż, taki zawsze był w Polsce los prawdziwych, najbardziej zasłużonych AK-owców, Panie Prezesie. E. M.: – Pozostała mi tylko satysfakcja, że się udało, bo sam najlepiej wiem, że mogło się nie udać. – Ale zasłużył Pan chyba na wdzięczność AK-owskiego środowiska? E. M.: – No właśnie, najsmutniejsze jest, że tego nie jestem pewien... M. W.: – Obydwaj z Prezesem jesteśmy w komisji statutowej związku i tak się składa, że wszystkie nasze najważniejsze poprawki do statutu zostały w głosowaniu odrzucone, m.in. wprowadzenie do statutu „Preambuły” i przywrócenie może nie Rady Naczelnej, ale Rady Starszych (złożonej z kilku powszechnie szanowanych kombatantów), która dbałaby o kręgosłup moralny związku i zabierałaby głos w sprawach ważnych dla Polski, którego dziś brakuje. E. M.: – A ja mimo wszystko nie tracę nadziei, że w Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej zajdzie jakaś dobra zmiana. * * *
CZYTAJ DALEJ

Kuba: kryzys dotyka również kościoły - brakuje hostii do odprawiania Mszy świętych

2026-08-17 19:45

[ TEMATY ]

Kuba

Hostia

Karol Porwich/Niedziela

Kryzys gospodarczy i energetyczny na Kubie ma bardzo konkretne konsekwencje dla życia liturgicznego w parafiach. Trudności w dostępie do mąki, potęgowane przez nawracające przerwy w dostawie prądu, komplikują lokalną produkcję hostii do sprawowania Mszy świętej i udzielania wiernym Komunii świętej. W odpowiedzi na tę sytuację Kościół katolicki w Kostaryce wysłał na Kubę 20 tys. niekonsekrowanych hostii.

Według "Eco Católico", tygodnika Kościoła katolickiego w Kostaryce, o. Ricardo Cerdas Guntanis, zastępca sekretarza Konferencji Episkopatu Kostaryki, potwierdził wysyłkę hostii wyprodukowanych przez piekarnię konferencji episkopatu, która zazwyczaj zaopatruje diecezje i parafie tylko w tym kraju. Na Kubie odebrał je o. José Araya, redemptorysta, który przez kilka lat pełnił posługę duszpasterską w Kostaryce. Hostie będą konsekrowane na Kubie przez kapłanów podczas Mszy świętych.
CZYTAJ DALEJ

Zmiany personalne w Kurii Metropolitalnej Wrocławskiej

2026-08-18 14:07

Za FB: Archidiecezja Wrocławska

Jak podaje rzecznik Kurii Metropolitalnej Wrocławskiej, metropolita wrocławski abp Józef Kupny mianował nowego kanclerza, moderatora kurii oraz wikariusza generalnego. To pierwsze zmiany na tych stanowiskach od niemal dziesięciu lat.

Kanclerzem Kurii Metropolitalnej został ks. dr Piotr Żuber, który zastąpił ks. dr. hab. Jacka Froniewskiego pełniącego tę funkcję od 2017 roku. Zmiana weszła w życie 1 lipca br. Nowym wikariuszem generalnym Archidiecezji Wrocławskiej został ks. kanonik mgr lic. Arkadiusz Krziżok, proboszcz parafii pw. Najświętszego Imienia Jezus oraz dyrektor Wydziału Duszpasterskiego Kurii Metropolitalnej.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję