Reklama

Kardynał na 100 lat niepodległości

2018-11-10 20:05

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała

Próbuję od lat, bo zapisuję wszystkie rozmowy z nim, ale nie da się opisać 95 lat życia człowieka na kilku stronach gazety. Na opis życia takiego człowieka, jakim jest kard. Henryk Gulbinowicz, potrzeba tomów ksiąg. Odznaczony Orderem Orła Białego, honorowy obywatel 13 miast, doktor honoris causa kilku uniwersytetów, doceniony nawet przez dzieci – laureat Orderu Uśmiechu. Aby uczcić Jubilata, kreślimy dla Państwa ledwie szkic portretu Eminencji, czerpiąc z palety rozmów i opowieści, które w ciągu lat miałam zaszczyt od niego usłyszeć, nagrać i zapisać.

Niezłomny

„Pierwszy Orzeł Biały przyszedł na Dolny Śląsk istotnie późno. Ale trafił w wyjątkowo godne ręce” – mówił w wystąpieniu po dekoracji Orderem w 2008 r. prezydent RP Lech Kaczyński. Słowa te wywołały burzę kilkuminutowych oklasków. Prezydent RP przypomniał kilka faktów z wieloletniej posługi Kardynała we wrocławskiej metropolii. „Przez wiele dni w 1981 r. z «kołchoźnika» w innej części Polski słuchaliśmy informacji o tym, jak dobrze jest w tym, czy w innym regionie, ale na temat Wrocławia milczano. Wyciągnęliśmy stąd wniosek, że Wrocław szczególnie twardo walczy. I tak było, a w tej walce był z wami Eminencja, kard. Henryk Gulbinowicz” – mówił. Początek zawsze jest w domu Szukiszki na Wileńszczyźnie – tu wszystko się zaczęło. W domu nazywano go Niukiem, Heniem, sąsiedzi wołali Heniuk, a serdeczne ciotki – Heniutek. Ale gdy się rodził 17 października 1923 r. w szpitalu św. Jakuba w Wilnie, kto mógł przypuszczać, że wiele lat później na zachodzie Polski będą o nim mówić książę Kościoła? O rodzinnym domu zawsze mówi z nostalgią i wdzięcznością. To było miejsce, w którym kochano i mądrze kształtowano charakter. Rodzina była znana. Gulbinowicze uprawiali rolę, hodowali bydło i konie. Rodowe zawołanie brzmi „Frangas non flectes”, czyli „Złamiesz, ale nie zegniesz”. Poczucie humoru kardynał odziedziczył po mamie. Ojciec Antoni był człowiekiem poważnym i mówił swej żonie: „Tobie wystarczy pokazać palec i już się śmiejesz”. Młodość mamy, Walerii z domu Gajewskiej herbu Sulima, była naznaczona historią. Tradycje w domu państwa Gajewskich były staropolskie: trzymano krótko, wymagano dużo, kształcono, na miarę możliwości. „Nie była surowa, była raczej taktowna i pogodna. Gdy się wstało z łóżka, trzeba było od razu biec do mamy, do taty, jeszcze w koszuli, i mówić: Mamo, krzyżyk, tato, krzyżyk. Przywiązywano bardzo dużą wagę do błogosławienia dzieci. Dlatego, gdy dziecko wychodziło na dwór się bawić – prosiło o błogosławieństwo. Potem, gdy chodziliśmy do szkoły, też czekaliśmy na błogosławieństwo rodziców. Bez tego nie dało się żyć. Dziecko można uczyć w różnych miejscach, trochę jakby mimochodem. Nie tylko: pacierza w kościele, a liczenia w szkole. Kiedyś poszliśmy na grzyby, na Wileńszczyźnie okres borowików to bardzo ważna rzecz. Tam mama spytała mnie, czy umiem Psalm 91. Ja mówię, że nie. Ona mi na to, że codziennie ten psalm odmawia za nas wszystkich, i że powinienem go umieć. Chodziliśmy za grzybami, a ona głośno mówiła: Kto się w opiekę odda Panu swemu, i próbowała mnie tego psalmu nauczyć. Musiałem głośno za nią powtarzać. Wiele lat później pytała mnie znów, czy umiem. Umiałem, to było od niej”.

Mówcie młodym, że czystość istnieje

Reklama

„Dziś cnota czystości została wyśmiana, ale to nie zmienia faktu, że ona naprawdę istnieje. W Polsce żadne zgromadzenie żeńskie nie wymarło, ja bym nie rozdzierał szat. Natomiast boli mnie, że kolorowe czasopisma pokazują młodzież jako grupę, która niczym się nie interesuje, tylko swoją seksualnością. A to nie jest prawda. Ja bym jednak ufał młodzieży. Ważne jest natomiast to, czy matka spotka się z córką, czy ojciec spotka się z synem i czy porozmawiają z nimi, zanim świat kolorowych pism sprzeda ich sercom swoją wersję. Jak to było u mnie? Rok 1942, okupacja niemiecka, przestaję być dzieckiem. Pewnego dnia ojciec mówi: Przyjdź do mojego pokoju. Gdy wszedłem, siedział na myśliwskim taborecie. Popatrzył na mnie, atmosfera poważna i mówi: Synu. A zawsze mówił: Heniu... I dalej: Przestałeś być dzieckiem, wszedłeś w czas młodości. Ale żyj tak, żeby cię nikt nie przeklinał. I postępuj tak, aby nikt przez ciebie nie płakał. I nie splam naszego nazwiska. I co? Ja do dziś, choć jestem stary kardynał, w rachunku sumienia odpowiadam na te wytyczne ojca”.

Święty spowiednik z rodzinnych stron

„Poznałem ks. Sopoćkę z okazji Wielkiego Tygodnia. Była Wielka Sobota, a ja byłem z kolegą oglądać groby. Byliśmy w kościele garnizonowym – to dawny kościół jezuicki, św. Ignacego, i tam nie było żadnych skał, tylko wysoki, kilkumetrowy tron przykryty czerwonym suknem. Na nim, wysoko, stała monstrancja. Zastanawialiśmy się obydwaj, skąd pomysł na taki grób? Nagle przyszedł ksiądz i mówi, że śmierć Chrystusa to tak naprawdę wielki triumf Jego zmartwychwstania. Przyszedłem do domu i opowiadałem o księdzu, który pojawił się znikąd i wyjaśnił nam, zadziwionym istotą tego dziwnego grobu. Powiedziano mi wtedy, że to jest ks. Michał Sopoćko. To było spotkanie pierwsze, jeszcze wtedy małego chłopca. Potem usłyszałem o nim w czasie II wojny światowej. Wstąpiłem do seminarium w 1944 r., a 20 lutego 1945 r. seminarium rozpędzono. Wtedy poproszono, aby prowadzić katechezę dla dzieci przed Pierwszą Komunią Świętą. Jechaliśmy z parafii Rudomino, przejeżdżaliśmy przez Czarny Bór. Tu urszulanki szare miały swój klasztor. To był lipiec, gorąco, nagle z ogrodu słychać «Ave Maria gratiae plena...». Pytam: Co to? A proboszcz mówi: Zakonnice plewią grzędy i mówią po łacinie Różaniec. A jakie to zakonnice? – pytam. Urszulanki szare. Tu u nich się przechowywał ks. Sopoćko i dlatego nie był wywieziony do obozu. Wiele lat później wybrałem go na swojego spowiednika, ale to było dopiero wtedy, gdy wrócił szczęśliwie na Białostocczyznę. Był człowiekiem bardzo spokojnym i taktownym. On też dopuścił mnie do diakonatu, a wtedy trzeba było się wyspowiadać z całego życia. To on podpowiedział mi, w jaki sposób świętować każdego roku rocznicę przyjęcia biskupiej sakry: «Odprawiaj dzień skupienia, to przybliża do Chrystusa»”.

Kapłan rodzi się z modlitwy

„Osobą, która miała na mnie duży wpływ była koleżanka mojej mamy, s. Wanda Boniszewska, która była w Zakonie Sióstr Anielskich, bezhabitowych. Była osobą niezwykle pobożną, można by ją porównać ze św. Ojcem Pio, była ona także stygmatyczką, ale abp Romuald Jałbrzykowski nakazał jej ukrycie stygmatów. Wspominam s. Wandę, jak nosiła zawsze długie rękawy – tylko czubki palców było jaj widać. Jako dziecko myślałem, że to skromność zakonna, dopiero w seminarium dowiedziałem się szczegółów na ten temat. Otóż myślę, że oprócz moich rodziców, to chyba jej modlitwa i cierpienie (a cierpienie zawsze potrafi wyprosić u Boga nadzwyczajne dary) przyczyniły się do tego, że otrzymałem ten wielki dar powołania kapłańskiego”.

Blisko Maryi

„Dziecko, gdy się urodzi – niosą do chrztu. Ale następna uroczystość dopiero za 8 lat! Stąd na Wileńszczyźnie błogosławiono pięciolatki. Było to uroczyste ofiarowanie dziecka – szlachta niosła je do Matki Bożej Ostrobramskiej. Rodzice musieli być u spowiedzi i Komunii św., dziecko musiało być ubrane na biało, taką uroczystość zamawiano u Karmelitów. Ja miałem niecałe 5 lat, gdy byłem ofiarowany Matce Najświętszej. Ha, i jak widać, dobrze na tym wyszedłem... To było wielkie przeżycie. Pamiętam, że szliśmy po ciemnych schodach. Ja, cały przestraszony, trzymałem kurczowo dłoń taty. A potem zobaczyłem Obraz. Matka Boża z bliska ma tam dużą twarz, promienie okalające głowę też są duże, zwłaszcza dla małego chłopca. Podobno zaniemówiłem z wrażenia. Kiedy wyszedł karmelita i odmówił po łacinie wszystkie nakazane formuły, podniósł moją buźkę do góry i powiedział: Popatrz, widzisz? To jest Matka Boska Ostrobramska. A tu kto stoi? Odpowiedziałem z przejęciem: mama. I wtedy usłyszałem: Od dziś masz też tę Matkę, to Ona wzięła cię pod swoją opiekę. Na dole mama zapytała mnie: I jak ci się to wszystko podobało? A ja, niestety, popełniłem wtedy straszną gafę, bo spytałem: Proszę mamusi, a co ten ksiądz mamrotał nade mną? Nie rozumiałem łaciny... Można by tę tradycję wileńską przeszczepić na ziemie polskie, i «Niedziela» mogłaby w tym pomóc”.

Młodzi są dobrzy

„Przez kilka lat pracowałem w Duszpasterstwie Akademickim w Białymstoku. Wtedy przekonałem się, że młodzież jest dobra. Pamiętam Staszka z łomżyńskiego. Wysoki, pół roku przed absolutorium, z dużo niższą od siebie narzeczoną. Przychodzi do mnie, a ja mówię: Stachu, co ty? A on, że na zapowiedzi. Mówię mu: Poczekaj, za pół roku będziesz miał dyplom. A on, patrząc mi w oczy, odpowiada przytomnie: A ja nie chcę bez sakramentu, chcę tak, jak powinno być. O czym to świadczy? Że oni wynieśli z rodzin bardzo zdrowe zasady. Pamiętam też innych dobrych ludzi, którzy przychodzili i dzielili się tym, jak przeżywają swoje narzeczeństwo. Z tego nasuwał mi się jeden wniosek, że oni nie tylko mają zaufanie do swego duszpasterza, ale przede wszystkim do siebie. Mają świadomość mechanizmów, reakcji. Ale wiedzą też, że pewnej granicy przekroczyć nie wolno. Wiedzą też, że nie chcą jej przekroczyć. Gdy patrzę na naszą młodzież dziś, mam pewność, że tam są nie tylko ci słabeusze, o których się tak dużo i głośno mówi, ale że są tam ludzie piękni, o twardym kręgosłupie – i to o nich trzeba mówić. Słabeuszy trzeba zostawić miłosierdziu Bożemu”.

Blisko ludzi

„Pamiętam jedną z wielu prób. W 1957 r. usunięto ze szkoły mojego kolegę i ja miałem zająć jego miejsce. Technikum ogrodnicze, klasa maturalna. Zobaczyłem wyrośniętych mężczyzn. Jeden z nich wstaje i mówi tak: Czy ksiądz chce z nami dobrze żyć? Odpowiadam z całym spokojem, na jaki było mnie stać: Ja tu zostałem przysłany przez władzę kościelną nie tylko po to, aby z wami dobrze żyć, ale żeby się od was czegoś nauczyć, a i wy może ode mnie. Ale dryblas był przygotowany i pada pytanie numer dwa: A czy ksiądz będzie odpowiadał na nasze pytania, bo my mamy problemy? Trochę już się zląkłem, ale mówię niewzruszony: Naturalnie, jeśli tylko potrafię. Trzecie pytanie już było pytaniem-problemem, więc mi uszy zwiędły. Jednak szybko myślę: Cóż, to jest przewodnik stada. Gdy polegnę, przegrałem wszystko. Na szczęście Duch Święty nie opuszcza słabego w potrzebie. W tej ciążącej ciszy przemówiłem: Dotknąłeś najświętszej tajemnicy w życiu człowieka. To dobrze, masz do tego prawo, twój wiek domaga się, abyś szukał odpowiedzi. Ale dlaczego użyłeś takich wulgarnych słów? A on, patrząc mi w oczy, mówi: Proszę księdza, bo ja innych nie znam”.

Rzymskie zobowiązanie

„Był rok 2007 r., chodziła za mną taka myśl: Słuchaj, ty niedługo pójdziesz do domu Ojca, tam będą cię pytać o wszystko i postawią ci zarzut, że byłeś już na emeryturze, a ani jeden raz nie przeżyłeś Wielkiego Tygodnia na Watykanie, z papieżem. I to zdecydowało, że się zmobilizowałem. Bilet można było dostać tyko na 1 kwietnia, a więc trochę primaaprilisowo, ale miało to wielką zaletę: zacząłem pobyt w Rzymie od obchodów 2. rocznicy śmierci Jana Pawła II. O 12.00 na Lateranie kard. Ruini zamykał proces beatyfikacyjny Jana Pawła II przeprowadzony na terenie archidiecezji rzymskiej. Było wielu Polaków, zwłaszcza świeckich, co jest bardzo wymowne. Ja po raz pierwszy widziałem uroczystość zamykania procesu. Oczywiście, wymagało to wielu formalności prawnych, ale potem przyszedł moment zalakowania skrzyń z dokumentami. I myślałem po cichu, jak to sprawy duchowe zamyka się w pudełku i lakuje pieczęcią. W Wielki Piątek pierwszy raz widziałem papieża leżącego krzyżem, w tym akcie pokuty i uniżenia. To szczególne przeżycie. Ale Wielka Sobota to już nie po mojemu. Jestem przyzwyczajony do rezurekcyjnej procesji, bijących dzwonów, gromkiego Alleluja, a tam nic z tego. Dni mijały, przyszedł dzień powrotu, ale pragnienie spełniłem. Mogą mnie więc już teraz w domu Ojca pytać, a ja im spokojnie odpowiem”.

Kardynał, który zorganizował kongres

„Wspomnienie pierwsze: Sewilla, w loży siedzi królewska rodzina, episkopat, mało świeckich. I co się dzieje? Papież mówi, że następny kongres, w 1997 r. odbędzie się we Wrocławiu. Cisza. Kto w Hiszpanii wiedział, gdzie Wrocław, zwłaszcza, że on powiedział po polsku? Ale wciąż cisza. Zorientował się papież, że nie chwycili i mówi jeszcze raz: In Breslau. I nadal cisza! Patrzy papież, a ja miałem wstać, gdy ogłosi nazwę naszego miasta, i mówi wreszcie: in Polonia! Zerwały się oklaski, wstałem, i ukłoniłem się głęboko królowej matce. Innym trochę mniej, bo skoro nie wiedzą, gdzie jest Wrocław... Ale tak naprawdę, kiedy Ojciec Święty zakomunikował, że obowiązek zorganizowania 46. Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego spada na archidiecezję wrocławską, poczuliśmy się bardzo zaszczyceni. Bo pierwszy Kongres w Polsce i właśnie u nas. Dlaczego został wybrany Wrocław? Ja sam się nad tym zastanawiałem, ale Ojcu Świętemu takiego pytania nie postawiłem, bo to nie uchodzi”.

Moje miasto Wrocław

„Ludzie, którzy przyjechali tutaj po II wojnie światowej i nie mieli dokąd wracać, wnieśli swój trud, swój pot i ponieśli wiele wyrzeczeń, aby to miasto wyglądało tak, jak dziś. Przecież było zrujnowane, a sceptycy mówili: zaorać, posiać trawę i postawić tablicę «Tu był Wrocław». Jednak na szczęście zrobiono zupełnie inaczej. Jestem wdzięczny administratorowi apostolskiemu ks. inf. Milikowi, że zdecydował się na odbudowywanie katedry w takim kształcie, w jakim była. Jestem wdzięczny kard. Kominkowi za dbałość o przywracanie wystroju wnętrza katedry, biskupowi Urbanowi za pokrycie katedry miedzianą blachą. I ze swojej śmiałej decyzji odbudowywania wież katedry wrocławskiej wraz z hełmami też bardzo się cieszę. To miasto przyjmuje do siebie i otwiera możliwości do działania tym, którzy chcą działać, a aktywność ludzka jest przecież współpracą z Bogiem. Wrocław chętnie podaje rękę tym, którzy chcą pracować i tworzyć. Jest coś takiego w ludziach, we wrocławianach, że są otwarci. Może to młodość? Przecież otwartość i ciekawość drugiego, nowego, szczególnie młodość wyróżnia. Życzyłbym, aby dzisiejsi wrocławianie czerpali z tych możliwości, które tu są, chcieli dzielić się swoim potencjałem, i w ten sposób, połączonymi siłami, wznosić, budować i zmieniać. Cały świat stoi dziś otworem, to prawda, ale poszukiwanie ananasów też może się znudzić. Najlepiej człowiek może się rozwijać w aurze swoich tradycji i obyczajów. Dzisiejszy Wrocław różni się od miasta, które poznałem przybywając tu w 1976 r. Wcześniej pokutowało jakieś nieradzenie sobie władz z Ziemiami Odzyskanymi. Widziałem to zwłaszcza podczas podróży zagranicznych. Mówiono mi wtedy o Warszawie, Krakowie, a Wrocław był jakoś nie po drodze. Dziś to się całkowicie zmieniło. Często przyjeżdżając do naszego kraju zaczynają zwiedzanie właśnie od Wrocławia. Moje ulubione miejsce? To które najlepiej znam, Ostrów Tumski”.

Puste Noce za duszę śp. Pawła Adamowicza

2019-01-16 18:34

dg / Warszawa (KAI)

W piątek, wieczorem przed pogrzebem śp. Pawła Adamowicza, w Gdańsku i Warszawie odbędą się tradycyjne kaszubskie obrzędy Pustych Nocy. Aleksandra Dulkiewicz, zastępczyni śp. Pawła Adamowicza, w poruszającym wspomnieniu o Zmarłym napisała: "Jest w tradycji Pomorza, w tradycji Kaszub, coś takiego jak Pusta Noc. Kiedy jest się przy zmarłym. Trwa przy nim. Bądźmy przy naszym Prezydencie tej nocy".

TVP INFO

– Pusta noc to niezwykły i wciąż żywy na Kaszubach obyczaj. Jest to ostatnia noc przez pogrzebem zmarłego, która się odbywa w domu nieboszczyka. Przybyłe osoby rozpoczynają obrzęd różańcem po czym odmawiają modlitwy w intencji zmarłego. Po odmówieniu modlitw zgromadzeni nie odchodzą do swoich domów, tylko pozostają w domu żałoby, aby śpiewać nabożne pieśni pustonocne. Śpiewom tym przewodził śpiewak lub też grupa śpiewaków, którzy przejmowali swoją rolę z ojca na syna, parając się tym wręcz zawodowo. Rodzina nieboszczyka przygotowywała zaś poczęstunek dla czuwających przy nim uczestników Pustej Nocy. Dawniej takie spotkania odbywały się nad trumną zmarłego, przechowywaną w domu. Obecnie Pustą Noc przenosi się do salek, kaplic lub kościołów, a czuwanie skrócono do kilku godzin. Pusta Noc ma przede wszystkim na celu godne pożegnanie zmarłego. Zwyczaj pełnił także funkcję integracyjną. Wzmacniał więzi lokalnej społeczności skupionej wokół bliskiego zmarłego – wyjaśnia w rozmowie z KAI Łukasz Richert, dyrektor Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego.

Aleksandra Dulkiewicz, zastępczyni śp. Pawła Adamowicza, w poruszającym wspomnieniu o Zmarłym napisała: "Jest w tradycji Pomorza, w tradycji Kaszub, coś takiego jak Pusta Noc. Kiedy jest się przy zmarłym. Trwa przy nim. Bądźmy przy naszym Prezydencie tej nocy: modlitwą, myślą, wspomnieniem, postanowieniem na przyszłość ale i uśmiechem".

W piątek, 18 stycznia, o godz. 20 w Centrum św. Jana przy ul. Świętojańskiej 50 w Gdańsku odbędzie się obrzęd Pustej Nocy za duszę śp. Pawła Adamowicza, na który zaprasza Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie. "Niech nasza obecność będzie dowodem wdzięczności dla Niego za wszystko, co zrobił dla kaszubsko-pomorskiej społeczności. Zapraszamy do wspólnego czuwania i modlitwy" - piszą organizatorzy.

Pustonocne śpiewy zabrzmią również w Warszawie.

– Dzięki życzliwości ks. Aleksandra Seniuka, rektora kościoła sióstr wizytek przy Krakowskim Przedmieściu, będziemy mogli włączyć się w pustonocne czuwanie. Od 18:30 będziemy śpiewać ze Śpiewnika Pelplińskiego dawne pieśni eschatologiczne, za dusze czyśćcowe, w wariantach melodycznych z różnych rejonów kraju. Przygotuję dla zebranych wydrukowane teksty. Pieśni są raczej długie, więc po kilku zwrotkach każdy będzie mógł śmiało dołączyć się do wspólnego śpiewania – mówi inicjator wydarzenia, Dawid Gospodarek, dziennikarz Katolickiej Agencji Informacyjnej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

W Łodzi centralne obchody Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce

2019-01-17 09:14

tk, lk, xpk / Warszawa (KAI)

Pod hasłem z Księgi Proroka Ozeasza „Nie przychodzę, żeby zatracać” obchodzony dziś będzie XXII Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce. Centralne obchody odbędą się w Łodzi, gdzie – jak przypomniał bp Rafał Markowski - powstało największe, po warszawskim, żydowskie getto. „Podczas obchodów będziemy się modlić za wszystkie ofiary Holokaustu” – zaznaczył dziś na konferencji prasowej w Warszawie przewodniczący Komitetu KEP ds. Dialogu z Judaizmem.

BOŻENA SZTAJNER

Centralne obchody Dnia Judaizmu rozpocznie wspólna modlitwa na łódzkim Cmentarzu Żydowskim o godz. 9:30. Następnie o godz. 11:00 w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana odbędzie się sympozjum składające się z dwóch wystąpień.

Prof. Paweł Śpiewak odpowie na pytanie "W jaki sposób Żyd czyta Torę?" zaś ks. dr Arnold Zawadzki zmierzy się z kwestią "Czy żydowska lektura Biblii jest potrzebna chrześcijanom?". Następnie dyskusję poprowadzi bp Rafał Markowski, przewodniczący Komitetu KEP ds. Dialogu z Judaizmem.

Drugi panel poświęcony relacjom chrześcijańsko - żydowskim animować będzie Joanna Podolska, dyrektor Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi, a głos zabiorą: Nili Amit i Br. Krzysztof Fronczak OH.

Szczególnym wydarzeniem tego dnia wieńczącym całe obchody będzie Centralne nabożeństwo Słowa Bożego prowadzone przez abp. Grzegorza Rysia i rabina Dawida Szychowskiego, które celebrowane będzie w namiocie ustawionym na Starym Rynku w Łodzi w pobliżu miejsca zburzonej przez Niemców w czasie wojny Synagogi Alte Szil. Po nabożeństwie odbędzie się wieczór z kulturą zatytułowany: „Kobiety w Biblii”.

Do modlitwy i uczestnictwa w tegorocznym Dniu Judaizmu zaprasza metropolita łódzki abp Grzegorz Ryś. "Potrzebujemy dziś mocnego znaku, który przekształca przeszłość, odwraca przeszłość. Aby nie powtórzyło się już nigdy to, co było złe w naszej historii musimy być blisko siebie, musimy się razem spotykać także przed Panem Bogiem i razem modlić się o jedność, o pokój w świecie" – powiedział metropolita łódzki.

Z kolei rabin Łodzi Dawid Szychowski zaznacza, że kolejny Dzień Judaizmu jest bardzo ważną dla niego okazją do spotkania z mieszkańcami miasta i rozmowy, pomimo różnic. "Nasze spotkanie będzie także modlitwą, będzie wydarzeniem tu i teraz, a intencją naszej modlitwy będzie prośba do Boga, by zesłał pokój, by nie było wojen, abyśmy potrafili się porozumieć ponad podziałami" – podkreśla Szychowski.

Wybór Łodzi nie miejsce tegorocznych obchodów Dnia Judaizmu wiąże się z wielowiekową obecnością gminy żydowskiej. Na przełomie XVIII i XIX w. Łódź zaczęła się przekształcać w silny ośrodek przemysłowy. Wraz z tym procesem nastąpił napływ ludności żydowskiej. W XIX w. powstały pierwsza synagoga i cmentarz żydowski.

Przed II wojną światową w Łodzi mieszkało blisko 250 tys. Żydów. To tu żył Izrael Poznański, który wzniósł olbrzymią fabrykę włókienniczą, pobudował dla siebie pałac, a dla swoich pracowników przybywających do Łodzi za chlebem kamieniczne mieszkania, szpital, a nawet kościół.

W czasie niemieckiej okupacji w Łodzi znajdowało się drugie co do wielkości (zaraz po Warszawie) getto. Oprócz Żydów łódzkich, zwożono do niego Żydów z Niemiec oraz terenów będących pod okupacją niemiecką. W okresie istnienia getta zmarło w nim z głodu lub chorób blisko 50 tys. osób, natomiast ok. 80 tys. w 1944 r. deportowano do obozów śmierci.

Ogólnopolski Dzień Judaizmu został ustanowiony przez Konferencję Episkopatu Polski w 1997 r. Jego celem jest rozwój dialogu chrześcijańsko-żydowskiego, a także modlitwa i refleksja nad związkami obu religii.

Dzień Judaizmu ma pomóc katolikom w odkrywaniu judaistycznych korzeni chrześcijaństwa oraz pogłębianiu świadomości – jak nauczał Jan Paweł II – że religia żydowska nie jest wobec chrześcijaństwa rzeczywistością zewnętrzną, lecz "czymś wewnętrznym, oraz że nasz stosunek do niej jest inny aniżeli do jakiejkolwiek innej religii".

Polska jest drugim, po Włoszech, europejskim krajem, w którym zaczęto organizować takie obchody. Później włączyły się w tę inicjatywę m.in. Austria, Holandia i Szwajcaria.

Zgodnie z założeniami Episkopatu, Dzień Judaizmu ma przybliżać nauczanie Kościoła po II Soborze Watykańskim na temat Żydów i ich religii oraz ukazywać antysemityzm jako grzech. Jest to też okazja do propagowania posoborowego wyjaśniania tekstów Pisma Świętego, które w przeszłości mogły być interpretowane w sposób antyjudaistyczny i antysemicki.

Po raz pierwszy Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce obchodzono w 1998 r. w Warszawie. Od tego czasu obchody te odbywały się w największych polskich miastach.

Obecnie do gmin żydowskich w Polsce należy ok. 4 tys. osób, natomiast społeczność Żydów w Polsce szacuje się na ok. 20 tys.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem